— Jedenaście, no tak... — pokiwał głową. Pamiętał, że w Hogwarcie chodziło o wiek, a nie rocznik. Miało to więcej sensu teoretycznie, chociaż w praktyce wychodziło na to samo, czyli różnica wieku między dziećmi w tej samej klasie mogła wynosić niemal dwanaście miesięcy. Ale czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Każde dziecko rozwijało się w swoim tempie i Ezechiel dobrze to obserwował wśród swojego rodzeństwa oraz innych dzieci w okolicy. Jako najstarszy syn, musiał szybko dorosnąć i pomóc matce w opiece nad młodszym rodzeństwem, które później w tym samym wieku były mniej samodzielne niż on.
Cierpliwie poczekał na odpowiedź Oriona. Był niemal pewny, że chłopiec nie wybierze lekarza, a coś bardziej przyziemnego. W jego wieku był niemal pewny, że pójdzie w ślady rodziców i zostanie...
— No popatrz! To zupełnie jak moi rodzice! Też miałem pójść w ich ślady, ale jednak postanowiłem podnieść sobie poprzeczkę... — Ugryzł się w język, nim zdradził dokładne tego powody. Na wyspach nie mogli wiedzieć o jego biednym pochodzeniu.
— Ezechiel. Doktor Ezechiel von Jundegingen — przedstawił się z lekkim ukłonem. — Jestem Austriakiem — dodał, wyjaśniając egzotyczność nazwiska. — To jak będzie z tym cukrem?