12.09.2023, 23:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2023, 00:15 przez Brenna Longbottom.)
Brenna nie wiedziała, czy jest zakręcona, ale na pewno była pogodna. Czego, jak czego, ale radości życia i energii jej nie brakowało, i należała do tych osób, które starają się być w dwóch, a najlepiej to w trzech miejscach na raz. I na pewno była dostatecznie towarzyska, aby bez wahania zaczepiać szóstoklasistę, którego zbyt dobrze nie znała. Bo czemu nie, skoro już się nawinął? Jeżeli chciał samotności, mógł się po prostu wykręcić albo przed nią uciec, co niektórzy zresztą bez skrępowania robili.
– Panienkę? – powtórzyła, uśmiechając się tylko jeszcze szerzej, trochę tym rozbawiona, chociaż sądząc po jego tonie, nie mówił do końca poważnie. Zasadniczo, przynajmniej teoretycznie, Brenna była panienką, tyle że wszystko, od podrapanego kolana, przez źle związany szalik, aż po fryzurę i wreszcie sposób, w jaki go przywitała, zdawało się temu stwierdzeniu zadawać kłam. – Dobrze, skoro ma być jak należy…
Złapała za rąbek spódnicy od mundurku i złożyła całkiem przepisowy ukłon, jakiego matka próbowała ją uczyć bardzo długo, i jakiego Brenna nigdy nie wykonała wcześniej na serio, bo po prostu lubiła opierać się tego typu zwyczajom. Ale dla żartu, na cmentarzu Hogsmeade, dlaczego nie?
– Brenna Longbottom, szanowny panie, Gryffindor, rok siódmy. Rada jestem niewymownie z naszego spotkania, miło mi poznać szanownego pana – zaświergotała, rymując może niechcący, a może absolutnie celowo. – Tak, ja nie jestem martwa – odparła, wciąż z uśmiechem na ustach. Albo nawet nie przyszło jej do głowy, jak jego słowa można było faktycznie odczytać, albo po prostu zepchnęła to natychmiast na bok, decydując się zignorować, bo… trochę taki już miała charakter, pewnych rzeczy się nie doszukiwała.
– To może nawet ona. Z jakichś powodów jeśli już kręci się tu jakiś duch, to zwykle jest to mężczyzna… To znaczy poza nią. Przepraszam – oświadczyła, nie precyzując za co przeprasza. Chociaż zaraz stało się to jasne, kiedy się odwróciła, i zawołała już bardzo, bardzo głośno, tak, że jej głos poniósł się po całym cmentarzu. – Adelajda!!! ADEL!!! Jesteś gdzieś tutaj?! Wyłaź, wiesz, że i tak cię znajdę!
Tak naprawdę nie, nie znalazłaby Adelajdy, gdyby ta uparła się chować. Nie odkryła dotąd sposobu na to, aby namierzyć ducha. Ale mogła trochę podramatyzować.
Zresztą… podziałało.
Mglista sylwetka młodej kobiety o jasnych włosach i wielkich oczach, odzianej w strój, jaki czarodziejka z bogatej rodziny mogłaby nosić dwieście czy trzysta lat temu, wyłoniła się prosto z jednej ze ścian grobowca, przy którym stali. Otaczał ją chłód, od którego przechodził dreszcz na plecach. Nie wyglądała jednak strasznie. Może dlatego, że w Hogwarcie pełno było duchów – a niektóre były spętane łańcuchami i nosiły na ubraniach ślady krwi.
– Nie musisz krzyczeć, Brenno, słyszę cię – powiedziała łagodnym tonem, spoglądając na dziewczynę. – Nie spodziewałam się ciebie tak szybko.
– Szybko? Nie było mnie trzy miesiące – przypomniała Brenna, chociaż zaraz westchnęła, uświadamiając sobie, że dla ducha, tkwiącego tutaj od setek lat, zapewne trzy miesiące to faktycznie niedużo.
– Kim jest twój przyjaciel?
– To szanowny panicz Esme Rowle – przedstawiła go Brenna. – A to Adel. Nawiedza miejscowy cmentarz.
Adelajda spojrzała na nią, marszcząc lekko brwi, ale zaraz przeniosła spojrzenia na Rowle’a.
– Mam na imię Adelajda. Miło mi panicza poznać.
– Panienkę? – powtórzyła, uśmiechając się tylko jeszcze szerzej, trochę tym rozbawiona, chociaż sądząc po jego tonie, nie mówił do końca poważnie. Zasadniczo, przynajmniej teoretycznie, Brenna była panienką, tyle że wszystko, od podrapanego kolana, przez źle związany szalik, aż po fryzurę i wreszcie sposób, w jaki go przywitała, zdawało się temu stwierdzeniu zadawać kłam. – Dobrze, skoro ma być jak należy…
Złapała za rąbek spódnicy od mundurku i złożyła całkiem przepisowy ukłon, jakiego matka próbowała ją uczyć bardzo długo, i jakiego Brenna nigdy nie wykonała wcześniej na serio, bo po prostu lubiła opierać się tego typu zwyczajom. Ale dla żartu, na cmentarzu Hogsmeade, dlaczego nie?
– Brenna Longbottom, szanowny panie, Gryffindor, rok siódmy. Rada jestem niewymownie z naszego spotkania, miło mi poznać szanownego pana – zaświergotała, rymując może niechcący, a może absolutnie celowo. – Tak, ja nie jestem martwa – odparła, wciąż z uśmiechem na ustach. Albo nawet nie przyszło jej do głowy, jak jego słowa można było faktycznie odczytać, albo po prostu zepchnęła to natychmiast na bok, decydując się zignorować, bo… trochę taki już miała charakter, pewnych rzeczy się nie doszukiwała.
– To może nawet ona. Z jakichś powodów jeśli już kręci się tu jakiś duch, to zwykle jest to mężczyzna… To znaczy poza nią. Przepraszam – oświadczyła, nie precyzując za co przeprasza. Chociaż zaraz stało się to jasne, kiedy się odwróciła, i zawołała już bardzo, bardzo głośno, tak, że jej głos poniósł się po całym cmentarzu. – Adelajda!!! ADEL!!! Jesteś gdzieś tutaj?! Wyłaź, wiesz, że i tak cię znajdę!
Tak naprawdę nie, nie znalazłaby Adelajdy, gdyby ta uparła się chować. Nie odkryła dotąd sposobu na to, aby namierzyć ducha. Ale mogła trochę podramatyzować.
Zresztą… podziałało.
Mglista sylwetka młodej kobiety o jasnych włosach i wielkich oczach, odzianej w strój, jaki czarodziejka z bogatej rodziny mogłaby nosić dwieście czy trzysta lat temu, wyłoniła się prosto z jednej ze ścian grobowca, przy którym stali. Otaczał ją chłód, od którego przechodził dreszcz na plecach. Nie wyglądała jednak strasznie. Może dlatego, że w Hogwarcie pełno było duchów – a niektóre były spętane łańcuchami i nosiły na ubraniach ślady krwi.
– Nie musisz krzyczeć, Brenno, słyszę cię – powiedziała łagodnym tonem, spoglądając na dziewczynę. – Nie spodziewałam się ciebie tak szybko.
– Szybko? Nie było mnie trzy miesiące – przypomniała Brenna, chociaż zaraz westchnęła, uświadamiając sobie, że dla ducha, tkwiącego tutaj od setek lat, zapewne trzy miesiące to faktycznie niedużo.
– Kim jest twój przyjaciel?
– To szanowny panicz Esme Rowle – przedstawiła go Brenna. – A to Adel. Nawiedza miejscowy cmentarz.
Adelajda spojrzała na nią, marszcząc lekko brwi, ale zaraz przeniosła spojrzenia na Rowle’a.
– Mam na imię Adelajda. Miło mi panicza poznać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.