Morskie oczy widziały kolory i łapały kolory. Nicholas również je miał - po prostu inne. To nie tak, że był pozbawiony barw. Że ich nie posiadał. Posiadał, jak najbardziej. Nadawał po prostu w zupełnie innych odcieniach, niż łapał do swojego koszyka Lukrecja. Tylko po co byłby mu ten koszyk, jeśli nie mógłby ich sypać - płatki kwiatów, które już straciły swój zapach, ale chociaż mogą coś pokolorować? Jeśli zrzucisz ten kosz kwiatów na głowę Króla Śniegu nie sprawi to, że on sam stanie się bardziej barwny. Koniec końców ktoś by tylko się skrzywił, stwierdził, że to jakieś wypaczenie, że był dystyngowany, piękny w swoim mrozie, a ktoś zupełnie głupio zamienił go na kuriozum. Nie, tak nie. Nie możesz też przylepić płatków ni przyszyć ich do szat, które nosił - równie ciemnych jak ciemna była aura tańcząca wokół niego. Więc... jak wykorzystać to, co się zebrało, jeśli chciałeś się tym podzielić? Jeśli druga strona nie miała potrzeby, żeby te kwiaty przyjmować?
- Dawno, dawno temu żył złośliwy czarodziej, który stworzył lustro, za sprawą którego wszystko co dobre i piękne znikało. Lustro pękło, a odłamki dostawały się do oczu i serc. Odbierały ciepłe uczucia, przyjaźń, miłość... pozostawiały tylko zimno. - Każda bajka zaczynała się od tego, że wszystko działo się bardzo, bardzo dawno temu. Lukrecja nigdy by nie pomyślał, że będzie siedzieć w miejscu takim jak to i snuć baśń o złej Królowej Śniegu, Gerdzie i Kayu. A jednak. Tak samo nie sądził, że jego słuchaczem będzie sam Kay - chłopiec z odłamkami lustra w oczach, które już dostały się do jego serca. Laurent wyciągnął dłoń, żeby dotknąć maski okrywającej twarz Nicholasa, ale nie po to, żeby ją ściągnąć. Musnął ją opuszkami i przesunął je na jego blond włosy, zsunął niżej, na szyję. - W pewnym miasteczku żyła dwójka rodzeństwa - Kay i Gerda. Kochali się. Odłamki rozbitego lustra dostały się jednak do oczu Kaya i do jego serca. Przestał kochać siostrę. Przestał widzieć barwy, przestał się uśmiechać i została mu już tylko... pustka, gniew i zazdrość. - Blondyn uniósł się nieco, żeby zbliżyć do Nicholasa i usiąść na jego udach, nie czując braku przyzwolenia dla swoich gestów. Oparł dłonie na jego klatce piersiowej, przyglądając się jego ciału z ciekawością kociaka, który bada nowy teren. Sięgnął do jego krawata, żeby powoli go rozwiązać. - To spodobało się Królowej Śniegu. Zabrała Kaya do siebie, do swego zamku. Lecz Gerda się nie poddała. Przebyła długą drogę do Pałacu Królowej Lodu, gdzie samotny Kay przesiadywał. Królowa Lodu trzymała go dla siebie i uczyła, że w tym świecie nie ma dobra, nie ma czułości, nie ma światła. - Zsunął krawat z jego szyi i pozwolił mu opaść na bok, żeby przejść palcami do guzików jego koszuli. Wcale się przy tym nie śpieszył. - I kiedy wydawało się, że straciła brata na dobre zaśpiewała mu piosenkę... Kay zapłakał... i odłamki opuściły jego oczy... by mógł znów zobaczyć, jak piękny otacza go świat. I jak wiele tracił w tym mrozie i pustce. - Uśmiechnął się rozkosznie, mogąc w końcu przesunąć dłońmi po ciepłej skórze Nicholasa. Zupełnie nie zimnej jak jego oczy. - Niektórych rzeczy nie da się zrobić w pojedynkę. - I czy odpowiadał teraz na to, czego dokonywały jego dłonie przesuwające się po brzuchu Nicholasa czy na jego pytanie o szkiełko wyciągane z oczu i brak zgody Nicholas już musiał zgadywać. Albo dopytywać - jeśli miał w ogóle taką fantazję. - Ale ja jestem kolorem, Nicholasie. Mogę spoglądać na ten świat za ciebie. Jeśli mi na to pozwolisz. - Skrzyżowały się ze sobą niebieskie spojrzenia.
Jakie to było dziwne, gdy Anioł i Diabeł spotykali się na tej samej wysokości spojrzeń.