Na Martinie nigdy nie spoczywały żadne obowiązki. Miał ukończyć Hogwart i nie robić wstydu rodzinie. Takie minimum było niczym, z czym mierzyło się większość ludzi. Dlatego nagłe przejęcie niemal całej odpowiedzialności za rejs, wywołało w Martinie wylew adrenaliny. Wiele obowiązków udało się oddelegować do pomocników na statku, ale ich było tylko trzech, poza tym co gospodarz, to gospodarz.
Snuł się między ludźmi, przyglądając się im, a jednocześnie unikając wzroku. Kilka osób wyglądało nawet, jakby chciało go zagadać, ale mina spłoszonej zwierzyny dobrze odstraszała. Laurent Prewett był jednak wprawiony w opiece nad magicznymi stworzeniami, Martin nie stanowił w dziesiątej części takiego problemu jak dzikie abraksany.
— Oddaję światła reflektorów morzu i Jasnej Otchłani — odpowiedział, ale nie od razu. Zaskoczyło go, że ktoś odważył się nawiązać kontakt i to nie związany ze sprawami organizacyjnymi. Pytanie dotyczyło bezpośrednio jego osoby. I było bardzo trafne, przeszyło Croucha na wskroś, przebijając ściśnięty żołądek.
Młody czarodziej wydawał się nie tylko przyjazny, ale też być posiadaczem tajemniczej urody. W pierwszej chwili Martin pomyślał, że to jeden z Malfoy'ów, ale brakowało tu klasycznego chłodu i dystansu. Laurent zdawał się być po prostu życzliwy.
— Martin Crouch, mi również miło poznać.
Uścisk dłoni. Kościste dłonie Martina nie pociły się ze stresu. Morska bryza już o to zadbała. Siła uścisku balansowała niebezpiecznie na granicy "słabego", ale to jednak umniejszałoby staraniom Croucha.
— Mam nadzieję, że do tej pory rejs sprostał pana oczekiwaniom — rzucił grzecznie. Bardzo chętnie przyjąłby informację zwrotną, ale zdawał sobie sprawy, że nawet najmniej zadowolony pasażer nie odważyłby się na szczerą krytykę. Nie tutaj. Wszelkie plotki porozsyłane będą po zakończeniu wydarzenia.