13.09.2023, 02:49 ✶
- Odstraszyć się, uratować, owszem. Dużej grupie udało się oszałamiaczami. Skoro to istoty podobne do dementorów… - Tu Brenna wzruszyła ramionami, pozwalając, aby Geraldine dopowiedziała sobie resztę. Nie mogła przecież oficjalnie powiedzieć „skuteczne będzie zaklęcie patronusa”, skoro to było zakazane, a ona była Brygadzistką. – Ale pozbyć się ich raz na zawsze, by samotna osoba albo dziecko nie było zagrożone? Na razie nie wiemy.
Nie, Brenna niekoniecznie chciała Yaxleyównę w cokolwiek wciągać, ale też nie zamierzała na tym etapie próbować ją przekonać, by się absolutnie w to nie mieszała. W końcu ta zajmowała się magicznymi stworzeniami i polowaniami. Brenna wiedziała za mało – istniała spora szansa, że Geraldine się przyda. Chociaż w takie sprawy bardzo niechętnie wciągała cywilów, nieważne, jak bardzo utalentowanych.
– Najgorsze możliwe, jak sądzę – szepnęła, na chwilę opuszczając wzrok. Wpatrywała się we własne buty, a jej myśli mimowolnie uciekały do tego nieszczęsnego chłopca. Ile jeszcze żyć zniszczy czarna magia i pragnienie potęgi? – A winnym wszystkiego ostatecznie jest Voldemort – dodała martwym głosem. Nie, nie bała się tego powiedzieć. Nawet jeżeli Geraldine tylko by udawała dobrą postać w tej historii, nawet gdyby wyniosła to Yaxleyom, to czy nie było jasne, że Brenna i jej bliscy dawno już wybrali stronę w tym konflikcie? A czymkolwiek były te istoty, pojawiły się po tym, co stało się podczas Beltane.
– Nie sądzę, by były to dusze poległych podczas Beltane, Ger. Ale nie jest wykluczone, że to coś z tamtej strony. W każdym razie, uwierz, szukam w każdym możliwym miejscu. Specjaliści od magicznych stworzeń, od teorii magii, uzdrowiciele, Departament Tajemnic, znający się na… walce z czarnej magią, spirytyści, uderzałam albo planuję uderzyć do każdego – mruknęła Brenna. Wiedziała, że tradycyjna, policyjna robota tutaj nie wystarczy. To było coś nowego. Wszystko było zupełnie nowe. Te potwory stanowiły dopiero początek… bo przecież Voldemort… nawet jeżeli nie osiągnął wszystkiego, co pragnął w Limbo, to coś tam zdobył.
– Dziękuję – powiedziała w końcu i dźwignęła się z trawy, posyłając Geraldine szelmowski uśmiech. Nie było sensu dalej tego roztrząsać. Więcej żadna drugiej nie powie, Ameryki tutaj nie odkryją. Brenna sięgnęła więc po rapier, a potem wyjęła różdżkę, aby zabezpieczyć jego ostrze i upewnić się, że żadne cięcie nie skończy się raną. – To co, Ger? Gotowa trochę się rozruszać?
Nie, Brenna niekoniecznie chciała Yaxleyównę w cokolwiek wciągać, ale też nie zamierzała na tym etapie próbować ją przekonać, by się absolutnie w to nie mieszała. W końcu ta zajmowała się magicznymi stworzeniami i polowaniami. Brenna wiedziała za mało – istniała spora szansa, że Geraldine się przyda. Chociaż w takie sprawy bardzo niechętnie wciągała cywilów, nieważne, jak bardzo utalentowanych.
– Najgorsze możliwe, jak sądzę – szepnęła, na chwilę opuszczając wzrok. Wpatrywała się we własne buty, a jej myśli mimowolnie uciekały do tego nieszczęsnego chłopca. Ile jeszcze żyć zniszczy czarna magia i pragnienie potęgi? – A winnym wszystkiego ostatecznie jest Voldemort – dodała martwym głosem. Nie, nie bała się tego powiedzieć. Nawet jeżeli Geraldine tylko by udawała dobrą postać w tej historii, nawet gdyby wyniosła to Yaxleyom, to czy nie było jasne, że Brenna i jej bliscy dawno już wybrali stronę w tym konflikcie? A czymkolwiek były te istoty, pojawiły się po tym, co stało się podczas Beltane.
– Nie sądzę, by były to dusze poległych podczas Beltane, Ger. Ale nie jest wykluczone, że to coś z tamtej strony. W każdym razie, uwierz, szukam w każdym możliwym miejscu. Specjaliści od magicznych stworzeń, od teorii magii, uzdrowiciele, Departament Tajemnic, znający się na… walce z czarnej magią, spirytyści, uderzałam albo planuję uderzyć do każdego – mruknęła Brenna. Wiedziała, że tradycyjna, policyjna robota tutaj nie wystarczy. To było coś nowego. Wszystko było zupełnie nowe. Te potwory stanowiły dopiero początek… bo przecież Voldemort… nawet jeżeli nie osiągnął wszystkiego, co pragnął w Limbo, to coś tam zdobył.
– Dziękuję – powiedziała w końcu i dźwignęła się z trawy, posyłając Geraldine szelmowski uśmiech. Nie było sensu dalej tego roztrząsać. Więcej żadna drugiej nie powie, Ameryki tutaj nie odkryją. Brenna sięgnęła więc po rapier, a potem wyjęła różdżkę, aby zabezpieczyć jego ostrze i upewnić się, że żadne cięcie nie skończy się raną. – To co, Ger? Gotowa trochę się rozruszać?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.