Geraldine była przyzwyczajona do tego, że inni się jej przyglądali. Od zawsze zwracała na siebie uwagę nietypowym wzrostem. Kiedyś bardzo mocno jej to przeszkadzało, czuła, że inni naśmiewają się z niej przez to, z czasem starała się po prostu z tym pogodzić. Był to jej atut, tak sobie powtarzała od lat, chociaż czasem jeszcze wracała do tych okropnych szkolnych lat, kiedy się z niej naśmiewali. Zostawiło to na niej pewne piętno. Mimo wszystko, kiedy szła była bardzo pewna siebie. Jej ruchy były szybkie, wydawać by się mogło, że ciągle się gdzieś spieszy.
Yaxley należała do tej bogatszej części społeczeństwa. Podchodziła do tego jednak bardzo praktycznie. Inwestowała w produkty potrzebne jej do pracy. Nie musiała jak większość nosić pięknych sukien, kupować kolejnych nieruchomości, aby łechtać swoje ego. Dla niej istotna była broń i ubrania, które miały przetrwać najtrudniejsze warunki. Najlepiej, gdyby służyły jej przez lata, dlatego właśnie była taka wierna smoczej skórze. Był to materiał, który mógł przeżyć zdecydowanie dłużej od jedwabiów, aksamitów, czy innych takich. W jej zawodzie to istotne. Pracowała w różnych warunkach atmosferycznych, na zewnątrz, musiała się zaopatrzyć w ubrania, które były w stanie temu podołać.
Przeniosła na chwilę wzrok na mężczyznę, który podniósł się zza lady. Bardzo szybko jej uwagę jednak przykuło coś innego. - Och. - Mruknęła pod nosem, po czym wyciągnęła powoli dłoń w stronę stworzenia, które wskoczyło na ladę. Zwierzę jednak zupełnie ją zignorowało, było zainteresowane swoim właścicielem, przynajmniej tak założyła Ger - że to był właściciel smoczoognika. Zaśmiała się nawet, kiedy zwinnie złapał w locie jego papierosa. - Nie wiedziałam, że one palą. - Rzuciła w eter, bardziej do siebie niż do Esme.
Odwróciła się znowu w stronę mężczyzny. Na jej twarzy pojawił się uśmiech. - Nie boję się Nokturnu i jego bywalców. - Miała ku temu powody. Była pewna, że gdyby tylko chciała mogłaby sobie poradzić z każdym, kto by ją zaczepił. Było to może nieco aroganckie, jednak Gerry od lat pracowała nad tym, żeby mieć pewność, iż jej ciało jej nie zawiedzie. Pierwszym wyborem zazwyczaj nie była magia, lubiła poczuć pod swoją pięścią wypadające zęby. Jakoś to zawsze dawało jej największą satysfakcję.
- Zgadza się. Nie lubię się patyczkować. Zwróciłeś uwagę na buty. - Dodała jeszcze, bo nie było to oczywiste. Mało kto się im specjalnie przyglądał i zauważał z jakiego materiału były zrobione.
Sięgnęła do kieszeni po paczkę papierosów, wyciągnęła ją, po czym spojrzała ponownie na Esme. - Mogę? - Widziała, że sam tutaj palił, jednak wolała poczekać na zgodę, w końcu byli w jego królestwie. - Właściwie, może przejdę do konkretów. Widzę, że prowadzisz tutaj pracownię, nie jest to po prostu sklep. - Bystra była, nie da się tego ukryć. Usta drgnęły jej w uśmiechu, gdy dostrzegła jego dłonie, nie były najczystsze jednak bardzo dobrze wiedziała dlaczego tak jest. Theseus też zajmował się kaletnictwem. Tylko, że wyjechał i już go nie było. Nie mogła więc jak na razie korzystać z jego wsparcia. - Tak się składa, że zajmuję się dostarczaniem unikatowych materiałów. - Brzmiało to zdecydowanie dużo ładniej od tego, gdyby nazwała rzecz po imieniu i powiedziała, że morduje stworzenia. - Pomyślałam sobie, że może potrzebny jest ci jakiś dostawca. - Pewnie miał swojego. Skądś musiał brać materiały na których aktualnie pracował, jednak gdy zobaczyła ten szyld nie mogła się powstrzymać przed wstąpieniem. Merlin jeden wiedział dlaczego. Ger zawsze szukała okazji, nie miała problemu z tym, żeby wejść do obcych osób i zapytać, czy czegoś nie potrzebują. Pewna była, że może dać im wszystko, może nawet zbyt pewna. Nie odrywała spojrzenia od twarzy mężczyzny czekając po prostu na odpowiedź.