Pandora i Philip
Och tak, Laurent brylował w towarzystwie i sunąc razem z żartem - czuł się w tym jak ryba w wodzie. Kwestia wyłowienia odpowiednich rybek, wypatrzenia odpowiednich muszelek, przesunięcia dłoni po koralowcach, żeby doświadczyć, który z nich najlepiej leżał w dłoni. Albo który był najbardziej potrzeby, żeby zacisnąć na nim swoje palce. Stety czy niestety nie zawsze chodziło po prostu o sympatię. Tym nie mniej nie miał wątpliwości, że gdyby Edward nie poszedł z Pandorą na kompromis to mieliby istne piekło, bo już widział, jak pierworodna Prewett pojawiała się na spotkaniu takim, jak to. Albo inaczej - widział, tylko niekoniecznie byłby to występ, który by zadowolił ich ojca. To była mała szantażystka. I jak dla Laurenta to była prawdziwa, wykapana córusia tatusia.
- Nonsens. Nikt inny nie mógłby się tam znaleźć. - Odpowiedział na jej konspiracyjne słowa, że nie wie, jak się znalazła w ogóle w tym rankingu. Ciężko mu było nawet powiedzieć, czy sprawiło jej to radość, czy może było dla niej tylko uciążliwe, bo nie powiedziałby o niej, żeby latała za chłopakami i próbowała zwracać na siebie ich uwagę. To była też jego rola. Tym nie mniej to przecież miło? Znaleźć się w takim rankingu? I znów - nie mówił tego, ale sam by chciał. Serce zawsze go rwało do błysku fleszy, to centrum uwagi. Dusił to w sobie - przez wiele powodów. Głównie z powodu czystej roztropności. - Ponieważ myślę o mojej pięknej siostrze i wzdycham ze smutną myślą o tym, jak będę musiał pilnować tego wybranka, do którego zabije jej serce. - Oparł podbródek na dłoni, uśmiechając się szeroko, z takim rozmarzonym wzrokiem, ale i psotliwym, w kierunku kobiety. Zaraz jednak wrócił do normalnej (i poprawnej) pozycji przy stole, kiedy Philip ją poparł. - Tylko czy warto? Mleko zostało rozlane, artykuł został wylany, prawdopodobnie tylko zepsujesz sobie humor czytając wiadomość zwrotną. - Bo owszem, znając Philipa sprawiłoby mu przyjemność smarowanie tego, co myślał na temat swojego miejsca w rankingu (tym lepiej, że Laurent nie powiedział, którego, dopiero byłaby wtopa, że źle zapamiętał!), ale potem by się pieklił, gdyby mu redakcja odpisała. Na pewno by mu odpisali bardzo ładnie, ale zawsze chodziłoby o to samo: spierdalaj. I nie wierzył, że Philipa nie zjadłyby nerwy. Choć może źle na to patrzył.
- Bardzo chętnie. Tylko łap mnie szybko po obiedzie, droga siostro, bo nie ręczę za siebie. - Uśmiechnął się kącikiem ust. Zdjęcie z Pandroą i Philipem... czuł, że to nieco niezręczne, ale to uczucie musiało zostać kolejnym z tych zduszonych i przepędzonych z jego serca i głowy. Wszystko, co obracało się wokół Philipa było teraz "trochę niezręczne", nawet pomimo tego, że naprawdę przepadał za jego towarzystwem. I gdyby nie to, że tak się to poukładało to spędziłby z tą dwójką zdecydowanie więcej czasu.
Jeśli tylko chcieli po zakończeniu obiadu zrobił sobie z nimi zdjęcie.
Martin Crouch
Podobno blizny zdobiły mężczyznę - tak lubili mówić ci, którzy potem dodawali, że są samcami alfa. Było to tym bardziej zabawne, że Laurent dobrze wiedział - w świecie zwierząt nie istniało takie pojęcie jak samiec alfa. Był to szeroko posunięty miskoncept zachowań zwierząt oraz ich natury, rozsławiony przez głupie publikacje, a potem poszło w świat. I takim sposobem zamiast wiedzy szerzył się fałsz. Trudno. Laurent nie był pisarzem, nie potrafił pięknie tworzyć - tak przynajmniej uważał. Nie zamierzał pchać się do gazet i prawić tam mądre słowa, by edukować ten mało-wielki świat. Blizny nie zdobyły Martina Croucha - one były smutną pamiątką po tym, co stało się w jego życiu. Czymś, co możliwe było do usunięcia, wystarczyłoby tylko uderzyć do odpowiedniego członka rodziny Potter, który potrafiłby tego dokonać. Mimo to, że go nie zdobiły i na pewno były powodem, dla którego wiele kobiet było odstraszonych, jego przystojna twarz sprawiała, że Laurent miał ochotę wyciągnąć do niej dłoń i przesunąć palcami po tych szramach, żeby potem zbadać rys jego kości policzkowych, żuchwy... taka strata. Strata dla kobiet, które również uważały, że blizna człowieka nie zdobi. Nie. Ale na pewno stanowi honorowy dowód przetrwania czegoś groźnego.
Drobny ślad zaskoczenia pojawił się na twarzy Laurenta, kiedy odpowiedź się pojawiła. Nie dlatego, że nie nastąpiła od razu, tylko dlatego, z jakich słów się składała. Jakie słowa wybrał. Nie "oddaję reflektory morzu". Nie. Ludzie pytali go czasami, czy jest poetą, albo sugerowali, że jak poeta mówi. Poczuł, że teraz mógłby zapytać zwrotnie - jesteś poetą? Spłoszony wyraz rozmówcy, który mu teraz odpowiedział, jego umykanie przed towarzystwem - przecież to było bardziej, niż oczywiste, że się czegoś bał. Ludzi. Oczywiście, że ludzi. Skoro bał się ludzi - dlaczego? Laurent obstawiał, że nie czuł się pewnie w towarzystwie innych. Czemu? Nie miał odpowiedniej charyzmy. Nie potrafił szybko reagować, nie potrafił dostosować się do niespodziewanych zwrotów akcji w prostej rozmowie. Albo i tej skomplikowanej. To cecha charakteru, a dalej? Bał się konsekwencji. Plotek? Był odpowiedzialny za ten rejs, choć chyba nie głównie? Laurent nie był pewien. Gdyby palnął jakieś głupstwo przez swój brak charyzmy odbiłoby się to na jego rodzinie. Nie trudno o skandale, ba! Przecież takie przyjęcia skandale kochały! Przez umysł Laurenta informacje o drugim człowieku przebiegały błyskawicznie. Założenia, teorie, tezy. Wybierał te najbardziej prawdopodobne i układał z nich obrazek, żeby potem porównywać go z rzeczywistością. Więc... Martinie Crouch, pokaż mi więcej.
- Pięknie powiedziane. Ujęło moje serce. - Powiedział łagodnie, bardzo zresztą otwarcie. Nie, tutaj próżno było szukać chłodu - nie w nim. W jego oczach lśniło słońce tak jak grało na falach poza burtą, był rozluźniony, spokojny. I delikatnie zaciekawiony. A przynajmniej tyle z siebie dawał, bo zaciekawiony był bardziej niż delikatnie. Szczególnie po tym krótkim zdaniu, które wydobyło się z ust przystojnego mężczyzny.
Uścisk Laurenta był za to bardzo delikatny, tak jak delikatna była jego dłoń. Porcelanowa. Subtelność tego dotyku nie była z jego strony zupełnie przypadkowa i nie koniecznie witał się tak z każdym. To było jak badanie. Wpełzanie pod czyjąś skórę, żeby przekonać się, jak ten zareaguje na naszą obecność.
- Nie jestem jednym z tych gości, którzy przychodzą i chcą być zabawiani. Rejs więc wyrasta jak dotąd ponad moje oczekiwania. - Tak, zgadza się, to było jedno z tych pytań grzecznościowych, słynny "small talk". Laurent go uwielbiał. Bardzo łatwo można było wyczytać po zmianach tej konwersacji, tonie, po używanych zwrotach i płynności jej prowadzenia o drugiej osobie. Nawet jeśli część z tego była nieszczera, część przekłamana, a jeszcze inna część odbębniona ot tak. Na tym etapie Laurent zazwyczaj decydował, czy chce komuś poświęcić chwile ze swojego czasu. - Nie miałby pan ochoty na szklaneczkę whiskey czy lampkę wina? Zaraz rozpocznie się koncert, a mam wrażenie, że przydałaby się panu chwila w ciszy, bez obecności gości. - Oczywiście to była jedna z tych propozycji, którym bardzo łatwo było odmówić. "Nie, bo muszę się wszystkim zająć". I nawet jakby to była tania wymówka to nie pozostawałoby nic do dodania. Tak po prawdzie Laurent by również nie miał nic przeciwko zwykłemu "sory, amigo, ale baw się sam".