13.09.2023, 11:43 ✶
O tym, że Brenna miała w głębokim poważaniu zakazy i nakazy, kiedy szło o ludzkie życie, mieli okazję przekonać się ostatnio Laurent, Patrick oraz Victoria. A i Heather, wyciągnięta całkiem blisko tego miejsca, by poćwiczyć magię, mogła zorientować się, że jej partnerka wcale nie gra według ministerialnych zasad... zresztą, samo bycie w Zakonie wszystkie te zakazy łamano. Bo Brygadzista powinien podążać za szefem Departamentu oraz Ministrą Magii, a Brenna od dwóch lat wędrowała w ślad za Patrickiem Stewardem oraz Albusem Dumbledorem. Ba, nie rzuciłaby do Geraldine tej sugestii, gdyby było inaczej.
Ale nie mogła zachęcać kogokolwiek oficjalnie do używania takiej magii. A chociaż odwróciłaby głowę, widząc, że Yaxley to robi, ba, odwróciłaby głowę widząc, że ktokolwiek robi coś takiego, to było kilku Brygadzistów, którzy zwyczajnie by ją aresztowali. Niestety, jawne łamanie zakazów Ministerstwa nie kończyło się zwykle dobrze.
- Szczerze w to wierzę, Geraldine - powiedziała Brenna, spoglądając ku niebu. Gdyby było inaczej, nie próbowałaby przecież walczyć... Chociaż nie. Pewnie i tak by próbowała, po prostu przepełniona poczuciem beznadziei tak wielkim, że pozbawiałoby ją tchu. Można było mówić, że nadzieja, miłość i wiara to za mało, ale przecież to z nich czerpali siły żołnierze. Gdy ich zaczynało brakować, zmieniali się już w bezmyślne bestie, bazujące tylko na instynktach. - Ale nie stanie się to dziś, jutro ani pewnie za pół roku - stwierdziła. Czekała na ten moment i chyba zawsze sądziła, że to będzie Dumbledore. Że kiedyś go wytropią, schwytają dość śmierciożerców, że zdołają dotrzeć do Voldemorta i tym, który przed nim stanie, będzie Albus – i że tę walkę wygra. Ale nie łudziła się, że nastąpi to szybko. I nie miała pojęcia, że tak naprawdę nigdy nie miał to być dyrektor Hogwartu – i że przyjdzie im czekać jeszcze wiele, wiele lat.
Niektórym. Bo wielu tej chwili nigdy nie zobaczy.
A potem… Brenna schowała różdżkę. Poczekała aż Geraldine zrobi to samo i kiedy była już pewna, że Yaxleyówna jest gotowa do walki, skoczyła ku niej, całkiem entuzjastycznie, by przez chwilę myśleć tylko o tej walce, o tańcu ostrzy, o unikach, paradach i wypadach. Tak jak wtedy, kiedy była jeszcze młodą dziewczyną, jej ukochany las nie był pełen widm, a nad ich światem nie wisiał złowrogi cień.
Ale nie mogła zachęcać kogokolwiek oficjalnie do używania takiej magii. A chociaż odwróciłaby głowę, widząc, że Yaxley to robi, ba, odwróciłaby głowę widząc, że ktokolwiek robi coś takiego, to było kilku Brygadzistów, którzy zwyczajnie by ją aresztowali. Niestety, jawne łamanie zakazów Ministerstwa nie kończyło się zwykle dobrze.
- Szczerze w to wierzę, Geraldine - powiedziała Brenna, spoglądając ku niebu. Gdyby było inaczej, nie próbowałaby przecież walczyć... Chociaż nie. Pewnie i tak by próbowała, po prostu przepełniona poczuciem beznadziei tak wielkim, że pozbawiałoby ją tchu. Można było mówić, że nadzieja, miłość i wiara to za mało, ale przecież to z nich czerpali siły żołnierze. Gdy ich zaczynało brakować, zmieniali się już w bezmyślne bestie, bazujące tylko na instynktach. - Ale nie stanie się to dziś, jutro ani pewnie za pół roku - stwierdziła. Czekała na ten moment i chyba zawsze sądziła, że to będzie Dumbledore. Że kiedyś go wytropią, schwytają dość śmierciożerców, że zdołają dotrzeć do Voldemorta i tym, który przed nim stanie, będzie Albus – i że tę walkę wygra. Ale nie łudziła się, że nastąpi to szybko. I nie miała pojęcia, że tak naprawdę nigdy nie miał to być dyrektor Hogwartu – i że przyjdzie im czekać jeszcze wiele, wiele lat.
Niektórym. Bo wielu tej chwili nigdy nie zobaczy.
A potem… Brenna schowała różdżkę. Poczekała aż Geraldine zrobi to samo i kiedy była już pewna, że Yaxleyówna jest gotowa do walki, skoczyła ku niej, całkiem entuzjastycznie, by przez chwilę myśleć tylko o tej walce, o tańcu ostrzy, o unikach, paradach i wypadach. Tak jak wtedy, kiedy była jeszcze młodą dziewczyną, jej ukochany las nie był pełen widm, a nad ich światem nie wisiał złowrogi cień.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.