— Chyba że człowiek sam nie jest pewny, co nim kieruje w danej chwili — odbił piłeczkę, nie chcąc pozwolić Dolohovowi na wygraną w tej małej potyczce słownej. — Niektóre decyzje podejmujemy automatycznie, a inne z rozmysłem. Ciekawe, co w tych dwóch przypadkach pokazuje badanie intencji.
Zanim zdołał się rozgadać na temat tego, co go spotkało na Beltane, do sali wkroczył Peregrinus. Nie uszło jego uwadze, że Dolohov nieco zmienił postawę ciała, gdy w okolicy pojawił się jego asystent. Nie doszukiwał się jednak w tych ruchach, nie wiadomo czego. Vakel mógł być pewny siebie, ale Erik był tutaj obcym elementem. Nic dziwnego, że czuł się pewniej i bezpieczniej, gdy miał na podorędziu zaufaną osobę.
— Jeszcze raz bardzo mi miło, panie Peregrinus — Raz jeszcze skinął mężczyźnie głową, posyłając w jego kierunku uprzejmy uśmiech. — Godryka Longbottoma, nie Gryffindora. Chociaż podejrzewam, że dla dziadka w pewnym momencie jedno zlało się z drugim. — Co to za Longbottom, jeśli nie spędził siedmiu lat w dormitoriach Gryffindoru i nie może się nazwać gryfonem, prawda? — Żeby taką absurdalną... Wszystko poszło na zbożny cel. Poza tym kanclerz wykorzystał swoje prywatne oszczędności. Zapewniam, że wydatek ten nie nadszarpnął budżetu Ministerstwa i nie wpłynie na podwyżkę podatków w tym roku.
Podobno humor potrafił zjednać sobie ludzi. Czy tym razem efekt będzie podobny? Media upodobały sobie dodawanie do jego imienia i nazwiska tytułu „najdroższego czarodzieja”. Może był to najwyższy czas, aby zacząć wykorzystywać te artykuły na swoją korzyść? Skoro ostatnie wydarzenia popchnęły go ku światłom fleszy, to i tak nie miał zbyt dużego wyboru.
— Niech zgadnę: kolejne ciosy już ustawiają się w kolejce? — Uniósł pytająco brwi, gdy Vakel spojrzał w jego filiżankę.
Nie byłoby to zbytnio zaskakujące, jednak zbiegałoby się z prawdą, o ile Bones i Moody nie zamierzali go w najbliższym czasie odsunąć od pełnienia obowiązków służbowych. A nawet wtedy ryzyko otrzymania kolejnych obrażeń zbytnio nie malało. Koniec końców przeszli jednak ponownie do kwestii ognisk, co sprawiło, że Longbottom nieco się rozgadał.
— Nie przeniosłem się do samego Limbo, tak jak ludzie, o których piszą w gazetach — sprecyzował swoją wersję zdarzeń, gdy usłyszał uwagę Peregrinusa. Nie chciał pozostawiać złudzeń, że wie więcej na temat świata zmarłych, niż im się wydaje. — Ja tylko spojrzałem w ogień. — Wbił wzrok w podłogę, jednak chwilę później wrócił nim do gospodarza. — Ciężko powiedzieć, co tam właściwie widziałem. Wszystko i nic zarazem? Raczej nie o taką odpowiedź wam chodzi.
Zamilkł na dłuższą chwilę, starając się wrócić do wspomnień z tamtej nocy. To się stało tak szybko. Zaledwie parę minut wcześniej próbowali powalić Śmierciożercę i Maledisa, a teraz byli w centrum zdarzeń, starając się dowiedzieć, co się właściwie działo z innymi zespołami pracowników Ministerstwa Magii i... cywilnych pomocników. A potem ziemia zaczęła drżeć. A przynajmniej tak wydawało się Erikowi. Westchnął ciężko.
— Najpierw poczuliśmy... poczułem... magiczne wibracje. Nie wiem, czy pochodziły z samych ognisk, czy z magicznej żyły, która biegnie pod Polaną Ognisk — zaczął, zamykając co rusz oczy, jakby pomagało mu się to skupić na urywkach wspomnień, które zdążyły rozpierzchnąć się po jego głowie. — Obezwładniające uczucie, coś, z czym człowiek nie jest w stanie sobie poradzić. Przeładowanie emocjonalne? — Pokręcił niepewnie głową. — Chciałem płakać, zanosić się śmiechem i być w ciągłym ruchu, jakbym chciał spożytkować energię, w jakikolwiek sposób tylko się dało. — Przeniósł spojrzenie z Vakela na Peregrinusa. — [b]A potem całe życie przemknęło mi przed oczami. Nie wiem, czy w jednym ciągu, czy naraz. To było zbyt szybkie, ale doprowadziło mnie „mentalnie”, aż do momentu, gdy znalazłem się przed ogniskami. To chciało mnie pochłonąć. Albo, żebym mu się oddał. To było jak obietnica świętego spokoju. Po wsze czasy.
Nie chcąc ujawniać tożsamości osób, które tamtej nocy walczyły na Polanie Ognisk, nie wspomniał słowem o tym, że to twarz Victorii Lestrange koniec końców wyrwała go z transu. Bądź co bądź, leżała bezpośrednio w ogniu. Coś takiego każdego wytrąciłoby z równowagi, a wwypadku Erika było wręcz zbawienne. Uśmiechnął się krzywo, jednak po chwili zaczerwienił, zdając sobie sprawę, że opowiedział o swoich bardzo prywatnych odczuciach praktycznie obcym ludziom. Uciekł wzrokiem w bok i kaszlnął parę razy. Czy będą mieli do niego jakieś pytania?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞