14.09.2023, 00:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.09.2023, 00:11 przez Brenna Longbottom.)
W nawyku Brenny w ogóle leżało używanie zdrobnień, pieszczotliwych określeń, czy nawet szukanie z rodziną i przyjaciółmi kontaktu fizycznego. Pozornie była najbardziej otwartą istotą pod słońcem, chociaż w istocie ukrywała przed światem całkiem sporo. Ale i do tego świata zwykle wychodziła z otwartymi ramionami.
Mav ten nawyk częściowo przejęła, przynajmniej w stosunku do Brenny. Dość łatwo było więc zorientować się, jaką symbolikę miał mieć ten prezent.
- Dziękuję, Mavy, jest śliczny – zapewniła, zakładając pół naszyjnika, by zrobić kuzynce przyjemność. Rzadko nosiła takie ozdoby, z różnych względów, ale ta miała swoją symbolikę, była naprawdę piękna, właściwie to doskonale pasowała do Brenny i kobieta mogła nosić ją od czasu do czasu. Drugą część podała Mavelle. – Znowu życzenia? – zakpiła lekko, pochylając się lekko. Zawahała się, bo tak naprawdę pośród jej życzeń na przód wybijało się tylko to jedno, jakie wyszeptała do Mavelle pod spadającymi gwiazdami: niech będą bezpieczni. O co realnego miałaby prosić?
Wszystkie jej życzenia zdawały się bardzo proste i zarazem równie nieosiągalne, jak gwiazdy na niebie. W końcu jednak Brenna dmuchnęła, i płomyk na świecy zgasł.
Niech znajdzie się sposób na cofnięcie tego chłodu.
Sięgnęła po pączka i już, już miała go ugryźć… gdy jej uszu też dobiegło zamieszanie. A chociaż posiadłość Longbottomów była jednym z najbezpieczniejszych miejsc na wyspach, ustępującym bodaj tylko Hogwartowi i Ministerstwu, to Brenna i tak natychmiast usiadła na baczność. A sekundę później, z różdżką w dłoni, wciąż w piżamie, wędrowała za kuzynką. I kiedy zajrzała do jej pokoju, na sypiące się ołówki…
- …kupiłaś to na Horyzontalnej? – spytała, tknięta nagłym przeczuciem. Wspomnieniem, nie tak dawnym przecież, własnego lusterka, które pękło i zasypało wszystko setkami odłamków. To wyglądało na podobne zaklęcie… podobną klątwę. Brenna niemal natychmiast uniosła różdżkę i machnęła nią, raz i drugi, usiłując rozproszyć magię. Nie była już nawet zaskoczona czy poirytowana… miała po prostu taką myśl… No naprawdę? Poważnie? Czy to znowu się przydarza? – Na litość Merlina, skontroluję ten sklep od piwnicy aż po sam strych i jeżeli znajdę jeszcze coś takiego, zadbam, żeby cofnięto im licencję na sprzedaż. Co oni sprzedają? Skąd to wzięli?
Oto panny Longbottom już po raz drugi miały okazję natknąć się na jeden z przeklętych przedmiotów, pochodzących z kolekcji nieco walniętej, ewentualnie wybitnie złośliwej czarownicy Iony. Jeden z psów, widząc zamieszanie, przewinął się pod nogami Brenny i rzucił do ucieczki.
Mav ten nawyk częściowo przejęła, przynajmniej w stosunku do Brenny. Dość łatwo było więc zorientować się, jaką symbolikę miał mieć ten prezent.
- Dziękuję, Mavy, jest śliczny – zapewniła, zakładając pół naszyjnika, by zrobić kuzynce przyjemność. Rzadko nosiła takie ozdoby, z różnych względów, ale ta miała swoją symbolikę, była naprawdę piękna, właściwie to doskonale pasowała do Brenny i kobieta mogła nosić ją od czasu do czasu. Drugą część podała Mavelle. – Znowu życzenia? – zakpiła lekko, pochylając się lekko. Zawahała się, bo tak naprawdę pośród jej życzeń na przód wybijało się tylko to jedno, jakie wyszeptała do Mavelle pod spadającymi gwiazdami: niech będą bezpieczni. O co realnego miałaby prosić?
Wszystkie jej życzenia zdawały się bardzo proste i zarazem równie nieosiągalne, jak gwiazdy na niebie. W końcu jednak Brenna dmuchnęła, i płomyk na świecy zgasł.
Niech znajdzie się sposób na cofnięcie tego chłodu.
Sięgnęła po pączka i już, już miała go ugryźć… gdy jej uszu też dobiegło zamieszanie. A chociaż posiadłość Longbottomów była jednym z najbezpieczniejszych miejsc na wyspach, ustępującym bodaj tylko Hogwartowi i Ministerstwu, to Brenna i tak natychmiast usiadła na baczność. A sekundę później, z różdżką w dłoni, wciąż w piżamie, wędrowała za kuzynką. I kiedy zajrzała do jej pokoju, na sypiące się ołówki…
- …kupiłaś to na Horyzontalnej? – spytała, tknięta nagłym przeczuciem. Wspomnieniem, nie tak dawnym przecież, własnego lusterka, które pękło i zasypało wszystko setkami odłamków. To wyglądało na podobne zaklęcie… podobną klątwę. Brenna niemal natychmiast uniosła różdżkę i machnęła nią, raz i drugi, usiłując rozproszyć magię. Nie była już nawet zaskoczona czy poirytowana… miała po prostu taką myśl… No naprawdę? Poważnie? Czy to znowu się przydarza? – Na litość Merlina, skontroluję ten sklep od piwnicy aż po sam strych i jeżeli znajdę jeszcze coś takiego, zadbam, żeby cofnięto im licencję na sprzedaż. Co oni sprzedają? Skąd to wzięli?
Oto panny Longbottom już po raz drugi miały okazję natknąć się na jeden z przeklętych przedmiotów, pochodzących z kolekcji nieco walniętej, ewentualnie wybitnie złośliwej czarownicy Iony. Jeden z psów, widząc zamieszanie, przewinął się pod nogami Brenny i rzucił do ucieczki.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.