14.09.2023, 09:57 ✶
Przez moment czuła ulgę - że czary podziałały, że udało się im zatrzymać nieumarłego i że Atreus zdołał do nich dotrzeć. Ba, schody pod ich stopami nie załamały się, dźwięki z pokładu wskazywały na to, że reszta się budzi... Ale była tu ulga bardzo krótkotrwała, bo głos dziewczynki znów rozbrzmiał w jej uszach, złowróżbny, zwiastujący im… cóż. Koniec.
- Ona się budzi... i... nie da się jej skrzywdzić - wykrztusiła Brenna do pozostałej dwójki.
To był prawdopodobnie ten moment, w którym powinni uciekać. Ta chwila, kiedy drzwi się otworzyły, kiedy na schodach pojawiła się ta kobieta. Ta, której nie dało się skrzywdzić. Ta, która prawdopodobnie zesłała pasażerów w otchłań snu, a potem schwytała Southerlanda i zabrała do swojej kajuty, by pożywić się także na nim. Ta, która żyła, choć dawno powinna umrzeć. A gdzieś za nimi był nieumarły, który prędzej czy później się uwolni i którego nie dało się zniszczyć – pewnie gdyby miała czas, próbowałaby za nimi potraktować schody transmutacją, by go odciąć, ale tego czasu zwyczajnie zabrakło. Brenna nawet zrobiła taki ruch, jakby chciała to zrobić, pchnąć Mavelle w przeciwną stronę, uciekać...
Tyle że wtedy przed kobietą pojawiła się Maddie.
Z ust Brenny wydobył się zdławiony okrzyk, kiedy zobaczyła, że dziecko przefruwa przez pomieszczenie, trafione zaklęciem. Powinno ją to tym bardziej pchnąć do ucieczki, bo ta istota była tak potężna, że umiała skrzywdzić nawet ducha - i nie dało się jej skrzywdzić. Bo Maddie nie żyła od wielu lat, była martwa, kto by się przejmował duchem? Podejście Atreusa, który to zignorował, było jak najbardziej sensowne. Każdy mający choć odrobinę oleju w głowie by to zignorował.
Tyle że jakaś część Brenny widziała dziecko. Dziecko, które chciało ją ratować, które właśnie się poświęcało. I nawet duchy miały swój kres, i jak do licha mieli wstrzymać to pobieranie energii, której potrzebowała ta istota? Gdyby miała więcej czasu na myślenie, pewnie przeklęłaby niedostatek swojej nekromantycznej wiedzy.
Tak czy inaczej… To miała być najgłupsza śmierć w historii.
W obronie ducha.
Najwyraźniej nie potrafiła porzucić nie tylko śmierciożercy, ale też duchów.
Bo Brenna nie ruszyła się ostatecznie, wycelowała w tę kobietę, a konkretnie w jej różdżkę. Próbując wytrącić jej tę z ręki, może w głęboko zakorzenionym, bezwarunkowym już odruchu Brygadzistki, a może w jakiejś rozpaczliwej nadziei, że uda się wytrącić ją z ręki kobiety, skoro jej samej nie dało się skrzywdzić. Chociaż nie – nie była na tyle naiwna, by oczekiwać, że to naprawdę zadziała, skoro nie dało się jej skrzywdzić.
I jednocześnie wysunęła się po prostu nieco. Przed Mavelle. Chcąc ją zasłonić.
- Ona się budzi... i... nie da się jej skrzywdzić - wykrztusiła Brenna do pozostałej dwójki.
To był prawdopodobnie ten moment, w którym powinni uciekać. Ta chwila, kiedy drzwi się otworzyły, kiedy na schodach pojawiła się ta kobieta. Ta, której nie dało się skrzywdzić. Ta, która prawdopodobnie zesłała pasażerów w otchłań snu, a potem schwytała Southerlanda i zabrała do swojej kajuty, by pożywić się także na nim. Ta, która żyła, choć dawno powinna umrzeć. A gdzieś za nimi był nieumarły, który prędzej czy później się uwolni i którego nie dało się zniszczyć – pewnie gdyby miała czas, próbowałaby za nimi potraktować schody transmutacją, by go odciąć, ale tego czasu zwyczajnie zabrakło. Brenna nawet zrobiła taki ruch, jakby chciała to zrobić, pchnąć Mavelle w przeciwną stronę, uciekać...
Tyle że wtedy przed kobietą pojawiła się Maddie.
Z ust Brenny wydobył się zdławiony okrzyk, kiedy zobaczyła, że dziecko przefruwa przez pomieszczenie, trafione zaklęciem. Powinno ją to tym bardziej pchnąć do ucieczki, bo ta istota była tak potężna, że umiała skrzywdzić nawet ducha - i nie dało się jej skrzywdzić. Bo Maddie nie żyła od wielu lat, była martwa, kto by się przejmował duchem? Podejście Atreusa, który to zignorował, było jak najbardziej sensowne. Każdy mający choć odrobinę oleju w głowie by to zignorował.
Tyle że jakaś część Brenny widziała dziecko. Dziecko, które chciało ją ratować, które właśnie się poświęcało. I nawet duchy miały swój kres, i jak do licha mieli wstrzymać to pobieranie energii, której potrzebowała ta istota? Gdyby miała więcej czasu na myślenie, pewnie przeklęłaby niedostatek swojej nekromantycznej wiedzy.
Tak czy inaczej… To miała być najgłupsza śmierć w historii.
W obronie ducha.
Najwyraźniej nie potrafiła porzucić nie tylko śmierciożercy, ale też duchów.
Bo Brenna nie ruszyła się ostatecznie, wycelowała w tę kobietę, a konkretnie w jej różdżkę. Próbując wytrącić jej tę z ręki, może w głęboko zakorzenionym, bezwarunkowym już odruchu Brygadzistki, a może w jakiejś rozpaczliwej nadziei, że uda się wytrącić ją z ręki kobiety, skoro jej samej nie dało się skrzywdzić. Chociaż nie – nie była na tyle naiwna, by oczekiwać, że to naprawdę zadziała, skoro nie dało się jej skrzywdzić.
I jednocześnie wysunęła się po prostu nieco. Przed Mavelle. Chcąc ją zasłonić.
Rzut PO 1d100 - 35
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut PO 1d100 - 25
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.