Nie, ta kobieta nie należała do osób, które coś takiego rzucały celowo, a i ciężko było się jakoś nad tym zreflektować, kiedy od drugiej strony nie przychodziła wiadomość zwrotna. Były osoby, przed którymi Laurent potrafił się otworzyć naprawdę szybko, albo stanowczo zarysować swoją granicę, ale były i takie osoby, jak Ginny. Przy których pilnował się, żeby nie otworzyć się za bardzo. I teraz pytanie - dlaczego? Skąd to wynikało? Bez sensu - tak by można było powiedzieć. Zupełnie bez sensu, bo to nie była kobieta, która źle chciałaby dla jakiejkolwiek istoty, chciała dobrze. Na pewno dałaby mu parę dobrych słów, pomogła pewne rzeczy przeprocesować, tak... tylko że szkopuł tkwił właśnie w tym, że nie znali. I jeszcze trochę głębiej - tam, gdzie Laurent nie radził sobie z mocno charakternymi osobowościami i się wycofywał, żeby robić im odpowiednio dużo miejsca. Tam, gdzie nie miał zaufania do osób, które zachowywały się do pewnego stopnia podobnie do niego - manipulowały słowem i gestem, żeby dostać zamierzony efekt, albo zostać jakimś nagrodzonym. Czy to było złe, czy dobre - można się zawsze sprzeczać. Moralnie chyba szare, ale przecież w życiu nie chodziło o to, żeby szukać bieli i czerni. Kiedy robisz coś w dobrej intencji to ta moralność nagle miała barwne walory i jakoś przychylnym okiem się na nią spoglądało. Czy tak być powinno? - nie wiem. Laurent też o tym nie wiedział, nie będąc wcale przekonanym, że te zagrywki były takie w pełni szlachetne. Bo jego zdaniem - nie były. Nawet jeśli chciałeś sprawić komuś przyjemność, to zupełnie tak, jakbyś był pasożytem, który owszem, da ci coś w zamian, ale pobierze swoje. Właściwie pasożytnictwo było tutaj ponurym ujęciem, bo tak naprawdę bliżej temu było do symbiozy. Bardzo poprawnej w relacjach, bo nie można było żyć tak, by tylko brać czy dawać. To znaczy - można było, wiele osób tak funkcjonowało.
To prawda, że niektóre rzeczy wcale nie były takie oczywiste, jak nam się wydawało. Ponieważ dla nas oczywistość to tworzyło, ale druga osoba nie musi mieć pojęcia o tym, jak ta praca wygląda, wokół czego się to obracało. I tak dalej, i tak dalej... Więc Laurent zaczął jej w sporym ogólniku opowiadać, jak wyglądało funkcjonowanie hodowli i że jeszcze miał rezerwat do opiekowania się. Że były prace, które musiał siłą rzeczy rozdzielać pracownikom, bo był odpowiedzialny za finanse, dotacje, za opiekę nad wszystkimi stworzeniami w rezerwacie, za tresurę abraksanów, za kontakt z klientami, za wszystkie formalności w Ministerstwie, że jeszcze zajmował się badaniem magicznych stworzeń, szczególnie tego, co działo się w Kniei... dużo. ZA DUŻO. Stanowczo za dużo jak na jednego człowieka, więc Laurent od jakiegoś czasu uczył się powierzać niektóre swoje zadania na ramiona swojego zaufanego pracownika i w końcu - szukał kogoś, kto go odciąży. Dzięki komu będzie mógł trochę bardziej odpocząć, bo naprawdę dobra mu się w tym rozjeżdżała. Nie wspomniał jednak o problemach związanych z chociażby morderstwami.
- Powiedziałem, że raczej nie. Nie powiedziałem, że w ogóle tego nie robię. - Sprostował, bo może to nie było jasne. A i owszem - Ginny brzmiała jak poetka, ale to doskonale uderzało w ton Laurenta, który podobnymi słowami potrafił opisywać ludziom widzianą przez siebie rzeczywistość. - Koniec końców to właśnie morze i niebo zlewają się w jedno. - Oczywiście, że była to jedynie ułuda oczu, ale ten punkt był najbardziej magiczny. Jakby świat nie miał swojego końca, jakby był bezkresem, przez który można się przesuwać. Może nawet z tymi chmurami, które krążyły nad głowami ludzi? Albo i z mewami, które przemierzały firmament.
- Bardzo ciekawe. - Słuchał z wielkim zainteresowaniem, bo rzeczywiście do tej pory nie zdawał sobie z tego sprawy. - Nigdy nie czułem potrzeby sięgania po zaglądanie w przyszłość, żeby radzić sobie ze swoim życiem. Odpowiedź na pytania, czy coś się uda, czy może zawiedzie, prawdopodobnie czasem oszczędziłaby kłopotów czy problemów, ale człowiek się na nich bardzo dużo uczy. W moim zainteresowaniu tą sztuką leży chęć poznania jej. I zobaczenia ciebie w swoim żywiole. - Dodał na końcu z filuternym uśmiechem na ustach.
- Hahaha nic nie szkodzi, bardzo przyjemnie się ciebie słucha. Promieniejesz ciepłem. - Zgadza się, Ginny należała do tych, którym należało wręcz przerywać, żeby nie zapominała o drugim człowieku i że dialog to jednak dialog, a niekoniecznie musi to być monolog. Przynajmniej kiedy weszło się na temat, który ją absolutnie absorbował, ale Laurentowi to zupełnie nie przeszkadzało. On za to nie zaliczał się do osób, które by rzeczywiście przerywały. Miło się jej słuchało, miała wiele do opowiedzenia i wiele do podzielenia się. I wtedy ich Ginny zatrzymała i pokazała konie.
Żyjące na wolności konie były rzadkością w dzisiejszych czasach, a nawet jeśli żyły to były kontrolowane przez ludzi. I nie było w tym niczego złego. Świat się rozwijał, ludzie posiadali coraz więcej ziem, coraz więcej budowało się domów i miejsc pracy. Rozwój niszczył świat zwierząt. Dlatego człowiek był wyjątkowo niewdzięcznym tworem Matki Ziemi. Rumaki nie zachwycały tak, jak rasowe konie wychodzące spod rąk hodowców, one miały całkowicie inny urok. Ten urok wolności i swobody. Tchnienie życia i spokoju. Piękno, które prezentowane było w najczystszej formie. Spojrzał na Ginny z lekkim zdziwieniem, kiedy ta kucnęła z jakiegoś powodu i trochę automatycznie kucnął za nią. Choć naprawdę nie wiedział, dlaczego to robili. Jak dzieci chowające się w krzakach - i samo to porównanie wystarczyło, żeby poczuć się zupełnie lekko.
Nie spodziewał się, że wizyta u Guinevere zaprowadzi go na tak kwieciste łąki.