14.09.2023, 19:46 ✶
Powinnam była pozwolić mu umrzeć.
Ta myśl krążyła po głowie Brenny od tamtej nocy, może nie stale, ale regularnie. Nie powinna była rzucać tamtego zaklęcia. Nie powinna była opatrywać jego ran. Gdyby się pospieszyli, może coś zdołaliby zmienić. Wystarczyło nawet go nie zabijać, a dać mu umrzeć. Zyskałaby trzy, cztery minuty, czas absolutnie istotny w walce. Czy to życie naprawdę było warte ratowania, skoro pomógł Voldemortowi zdobyć kamień i rozpocząć całe to szaleństwo?
- Nie był. Nie jest dużo starszy ode mnie, a go nie rozpoznałam – powiedziała jednak tylko, ani myśląc zdradzać się ze wszystkimi swoimi przemyśleniami. Przynajmniej kojarzyła większość przedstawicieli czystej krwi, jeżeli nie osobiście, to z widzenia albo z gazet czy różnego rodzaju almanachów. Studiowała nazwiska i imiona pilnie, bo to pośród czystokrwistych czaiło się najwięcej zwolenników Voldemorta.
Twarz tego mężczyzny wyryła sobie w pamięci dostatecznie mocno, by wiedzieć: nie spotkała go w ostatnich latach i nie miała żadnych skojarzeń, które pozwoliłyby go dorwać.
– Naprawdę? – zapytała, może odrobinę kpiąco, kiedy zapewnił, że wiedział. Czyżby w ostatecznym rozrachunku jednak przypominała matkę dużo bardziej niż mogłoby się wydawać, a sama tego nie dostrzegała? Bo Brenna w całkiem podobny sposób stawała niekiedy na baczność właśnie przed Elisą Longbottom. – To dobrze, bo mimo wszystko nie chciałabym przypominać Albusa Dumbledore’a. Jego broda niezbyt by mi pasowała – stwierdziła, uśmiechając się do brata. – Myślę, że sam dom jest dostatecznie zabezpieczony. Jeżeli nas tutaj zaatakują, to będzie jatka dla obu stron – skwitowała. Wiedziała, że może do tego dojść, ale śmierciożercy musieliby poczuć się naprawdę pewni siebie, w końcu musieliby przełamać czary zabezpieczające i stanąć naprzeciwko nie jednej, nie dwóch czy trzech, ale kilkunastu osób, z których kilka było szkolonych do walki właściwie od chwili, w której zaczęli chodzić. – Bardziej obawiam się ataku tuż za murem. Namiar jest dość ekstremalnym rozwiązaniem, nie każdy byłby z niego szczęśliwi, a nie damy rady namalować mapy każdego budynku… ale może samej Doliny Godryka? Chociaż ja myślałam raczej… o zegarze. Podobno są takie, które mogą pokazywać, kiedy ktoś znajduje się w niebezpieczeństwie.
Nie miała pojęcia, czy zdołają coś takiego zdobyć. Pieniądze nie były problemem, ale rzadkość przedmiotu już tak. Jeżeli jednak czyjaś wskazówka padłaby na „groźbę śmierci” i potrwałoby to dłużej, wiedzieliby, że takiej osoby trzeba szukać, o ile nie zostawiła wiadomości, że planuje się narażać.
Chociaż to też byłoby trochę problematyczne, przynajmniej w jej przypadku. W końcu Brenna nie o wszystkim mówiła rodzinie, a niektóre rzeczy przydarzały się jej po prostu… jakoś same. I niekoniecznie chciała, aby krewni od razu się zamartwiali.
– I tak już to robiłeś. Po prostu teraz będziesz robił to beze mnie u boku – stwierdziła, wzruszając lekko ramionami. Erik zawsze przyciągał większą uwagę niż ona. Brenna była w takich przypadkach… raczej jego cieniem i osobą, która popychała go do przodu. – Zawiedzieni? Myślę, że i tak fotografowano mnie tylko dlatego, że stałam obok ciebie – parsknęła, z pewną ulgą, że zrozumiał. Wolała się upewnić, że nie będzie próbował w ramach żartów czy drobnych, braterskich złośliwostek wpychać jej na żadne wywiady i tym podobne.
Ta myśl krążyła po głowie Brenny od tamtej nocy, może nie stale, ale regularnie. Nie powinna była rzucać tamtego zaklęcia. Nie powinna była opatrywać jego ran. Gdyby się pospieszyli, może coś zdołaliby zmienić. Wystarczyło nawet go nie zabijać, a dać mu umrzeć. Zyskałaby trzy, cztery minuty, czas absolutnie istotny w walce. Czy to życie naprawdę było warte ratowania, skoro pomógł Voldemortowi zdobyć kamień i rozpocząć całe to szaleństwo?
- Nie był. Nie jest dużo starszy ode mnie, a go nie rozpoznałam – powiedziała jednak tylko, ani myśląc zdradzać się ze wszystkimi swoimi przemyśleniami. Przynajmniej kojarzyła większość przedstawicieli czystej krwi, jeżeli nie osobiście, to z widzenia albo z gazet czy różnego rodzaju almanachów. Studiowała nazwiska i imiona pilnie, bo to pośród czystokrwistych czaiło się najwięcej zwolenników Voldemorta.
Twarz tego mężczyzny wyryła sobie w pamięci dostatecznie mocno, by wiedzieć: nie spotkała go w ostatnich latach i nie miała żadnych skojarzeń, które pozwoliłyby go dorwać.
– Naprawdę? – zapytała, może odrobinę kpiąco, kiedy zapewnił, że wiedział. Czyżby w ostatecznym rozrachunku jednak przypominała matkę dużo bardziej niż mogłoby się wydawać, a sama tego nie dostrzegała? Bo Brenna w całkiem podobny sposób stawała niekiedy na baczność właśnie przed Elisą Longbottom. – To dobrze, bo mimo wszystko nie chciałabym przypominać Albusa Dumbledore’a. Jego broda niezbyt by mi pasowała – stwierdziła, uśmiechając się do brata. – Myślę, że sam dom jest dostatecznie zabezpieczony. Jeżeli nas tutaj zaatakują, to będzie jatka dla obu stron – skwitowała. Wiedziała, że może do tego dojść, ale śmierciożercy musieliby poczuć się naprawdę pewni siebie, w końcu musieliby przełamać czary zabezpieczające i stanąć naprzeciwko nie jednej, nie dwóch czy trzech, ale kilkunastu osób, z których kilka było szkolonych do walki właściwie od chwili, w której zaczęli chodzić. – Bardziej obawiam się ataku tuż za murem. Namiar jest dość ekstremalnym rozwiązaniem, nie każdy byłby z niego szczęśliwi, a nie damy rady namalować mapy każdego budynku… ale może samej Doliny Godryka? Chociaż ja myślałam raczej… o zegarze. Podobno są takie, które mogą pokazywać, kiedy ktoś znajduje się w niebezpieczeństwie.
Nie miała pojęcia, czy zdołają coś takiego zdobyć. Pieniądze nie były problemem, ale rzadkość przedmiotu już tak. Jeżeli jednak czyjaś wskazówka padłaby na „groźbę śmierci” i potrwałoby to dłużej, wiedzieliby, że takiej osoby trzeba szukać, o ile nie zostawiła wiadomości, że planuje się narażać.
Chociaż to też byłoby trochę problematyczne, przynajmniej w jej przypadku. W końcu Brenna nie o wszystkim mówiła rodzinie, a niektóre rzeczy przydarzały się jej po prostu… jakoś same. I niekoniecznie chciała, aby krewni od razu się zamartwiali.
– I tak już to robiłeś. Po prostu teraz będziesz robił to beze mnie u boku – stwierdziła, wzruszając lekko ramionami. Erik zawsze przyciągał większą uwagę niż ona. Brenna była w takich przypadkach… raczej jego cieniem i osobą, która popychała go do przodu. – Zawiedzieni? Myślę, że i tak fotografowano mnie tylko dlatego, że stałam obok ciebie – parsknęła, z pewną ulgą, że zrozumiał. Wolała się upewnić, że nie będzie próbował w ramach żartów czy drobnych, braterskich złośliwostek wpychać jej na żadne wywiady i tym podobne.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.