Musieli to zrobić. Nie było żadnego wyjścia. Czy czuł się z tym źle, że pomógł Laurentowi? Nie. Zarówno Borgin jak i Pemberton uważali, że zrobili dobrze, że zrobili to co należało zrobić. Zrobiłby, a nawet zrobili by to samo w przypadku Anthony'ego, gdyby ten też się zawahał. Pod tym względem dwóch Stanleyów się ze sobą zgadzało. Nie zgadzała się za to cała reszta. Świat stał się dziwny. Jakby po raz kolejny zadziało się coś co zmieniło bieg historii. Czy to był dobry znak? Czy zaraz znowu miała nastąpić wizja z zatapianą Perłą Morza? Modlił się wewnątrz, aby to się właśnie nie stało. I najprawdopodobniej zostały wysłuchane - bo nic nie nastąpiło. Nic po za próbą... wyciągnięcia ich z powrotem? Nie rozumiał, ale tak naprawdę rozumiał bardzo mało od momentu znalezienia się na tym statku.
Łatwo było stwierdzić, aby tak nie mówił, niż rzeczywiście to zrobić. W końcu nie miał pojęcia jak to się zakończy. Musieli przewidzieć wszystkie możliwości - Tutaj... - powtórzył, spoglądając na miejsce, które wskazał mu Prewett - Zamieniła się w co...? - zdziwił się, unosząc brew do góry. Zamieniła się w wodę? Jak można się zamienić w wodę... Podrapał się po poliku, dalej przyglądając się miejscu gdzie Persefona dostąpiła aktu "zwodnienia". Robił to na tyle długo, że kiedy się odwrócił, Laurent już leżał. Był martwy? Może tylko zemdlał? To akurat nie miało znaczenia. Jego stan wskazywał na to, że potrzebuje pomocy.
Stanley zerwał się od razu w jego kierunku, o mało nie wywracając się o własne nogi - Laurent? Laurent?! - krzyknął, czym prędzej wyciągając jeden z prowizorycznych bandaży, które za w czasu przygotował i starał się zablokować jego ranę na tyle na ile mógł. Daleko było temu do jakiegoś profesjonalnego rozwiązania, wszak był tylko brygadzistom, a nie wysokiej klasy medykiem. Liczył jednak, że to pozwoli przeżyć Prewettowi tak długo, aż będą w stanie zorganizować mu ratunek. Szybko okazało się, że była to tylko złudna "pomoc" - Anthony po chwili dołączył do grona okupującego podłogę - Anthony? Kurwa Tosiek... - zacisnął na dłoni Prewetta bandaż i ruszył w kierunku kuzyna, aby i jemu udzielić pierwszej pomocy. Przykucnął, a następnie wyciągnął drugi kawałek koszuli, przewiązał mu wokół rozcięcia, spoglądając na jego twarz - Nie jest dobrze... - stwierdził do samego siebie, zdając sobie sprawę, że sytuacja jest patowa - Nie odchodź... Błagam - poprosił młodszego Borgina - Ty też się kurwa nie waż tego robić - skierował palec w kierunku kumpla z Hogwartu, wydając mu rozkaz, który nie bardzo miał jak spełnić, ponieważ wykonywał już rozkaz kogoś innego. Stanley był bezradny. Czuł jak oczy mu się powoli szklą na ten widok. Dlaczego oni muszą ginąć na moich oczach? Bił się z własnymi myślami To najgłupsze na co mogliśmy wpaść... Przyłożył dłoń do twarzy, aby pozbyć się nadmiaru łez. Zdał sobie teraz sprawę, że jest tragicznie, a on sam zaczyna panikować. Nikt go nie przygotowywał nigdy w życiu na taki scenariusz. Kiedy chciał już ruszyć z powrotem do Laurenta, aby sprawdzić jego stan, nie mógł tego zrobić. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa, a nawet nie tylko one - całe ciało. Widział mroczki przed oczami, stawał się bardzo ospały - Przepraszam panowie... - rzucił ni to w eter, ni to w ich kierunku, poddając się temu co zgotował mu los. Nadszedł i jego czas na śmierć...
Ale czy na pewno? Ci co umarli nie budzą się do życia tak jak Stanley. Borgin podniósł głowę, aby rozejrzeć się po okolicy. Tak wygląda raj? Jeżeli tak to czemu daje tu rybą? Zastanawiał się, łapiąc się za głowę. To nie mógł być raj. W końcu w życiu by do niego nie ubrał munduru brygadzisty, w który był teraz ubrany - Aughh... - wydał pomruk niezadowolenia na fakt bólu głowy, które na całe szczęście powoli mijał. Niemal automatycznie podwinął rękaw, aby sprawdzić swój nadgarstek. Jesteś... Czyli to prawda Zwrócił się do swojej szramy, której nabawił się na własne życzenie - Nie... Nic nie słyszę... - odparł na pytanie Laurenta, ciesząc się co nie miara, że nic mu nie jest. To samo spodziewał się po Anthonym... No chyba, że ten już zdążył się pożegnać z życiem na fakt, że ani Brenna go nie chce, ani Marianne - Nie wiem ale w tym momencie chyba nie to mnie obchodzi najbardziej... Trzeba znaleźć resztę - stwierdził, podnosząc się na pełnie nóg - Sprawdzę okolicę, może ktoś potrzebuje pomocy... Może kogoś znajdę. Możecie tutaj zostać. Nie zajmie mi to za długo - poklepał jednego, a później drugiego druha po ramieniu i czym prędzej ruszył w głąb statku, aby spróbować odnaleźć jakąś żywą duszę.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972