- Moje ciało mówi, że jestem spięty. Nie o tym, że jestem zestresowany z twojego powodu. - Nie wątpił w to, że kobieta potrafiła dobrze rozczytywać znaki i ewidentnie kierowała bardzo dużo swojej uwagi na innych wokół - to było wiadome od ich pierwszego spotkania. Ale tutaj naprawdę nie o to chodziło. I nie miało to zupełnie niczego wspólnego z samymi wróżbami. Ponieważ tak, Laurent zaliczał się do osób szanujących tę sztukę, co nie oznaczało, że zaraz po nią sięgał. To jest - przepowiadania przyszłości, ponieważ do niedawna nie znał nawet różnicy między wróżeniem a jasnowidzeniem. Gdyby się bał - nie przyszedłby tutaj, bo przecież mijałoby się to zupełnie z celem. Miał wystarczająco stresu w życiu, a w dodatku co rusz pojawiało się coś nowego, co wytrącało go z równowagi i niepokoiło. Teraz ta rzeźba. Czym w zasadzie była? Miał się nad tym nie zastanawiać tylko komuś to powierzyć. Najlepiej do Ministerstwa... - To z powodu tej rzeźby. Tylko i wyłącznie. - Był po prostu zbyt przewrażliwiony też ostatnimi czasy na wszelkie ekscesy wyrastające ponad normę i nawet trudno się dziwić. Nigdy nie był typem osoby, która w lśniącej zbroi wychodziłaby na pole walki. Przynajmniej tak o sobie myślał, bo jakoś ostatni czas weryfikował to troszkę inaczej. - Ja również nie. W lesie, pod Londynem. To jest - przy lesie. Jeśli pokazałabyś mi mapę mogę ci zaznaczyć na niej ten punkt... albo pokazać ci, jeśli tylko sobie życzysz. I tak udaje się do Londynu, to nie problem po drodze cię wysadzić. - A że przybył tutaj wozem zaprzęgniętym w abraksany to i nie było problemem ją zabrać ze sobą. Nie widział też przeszkód, by jej to pokazać, może kobieta będzie w stanie zobaczyć cokolwiek więcej. To naprawdę nie była jego dziedzina magii, jego kawałek chleba. Laurent w ogóle... nie był mistrzem magii. Najlepiej sobie chyba radził z taką, o którą by go nikt nie podejrzewał. - Mam nawet problem do którego Ministerstwa to zgłosić. - Brzmiało to troszkę niepoważnie: bo mam rzeźbę, która chce uciec. Oczywiście tak by tego nie ujął, ale suma sumarum brzmiało po prostu dziwnie.
- Bardzo chętnie się napiję kawy. Dziękuję. - Usiadł, założył nogę na nogę i splótł palce swoich dłoni na kolanie, przypatrując się teraz z ciekawością ruchom kobiety. Zazwyczaj to bardzo łatwo było powiedzieć "spokojnie". A teraz weź spokój osiągnij. Ha! Ale nie stało się nic takiego wstrząsającego na świeżo, żeby blondyn sam powoli nie odnajdywał balansu w tym pomieszczeniu i przy samej Ginny. Przede wszystkim - normować oddech. Tę sztuczkę zaczynał opanowywać do perfekcji. Słuchał swojego ciała i tego, co mu mówiło, starał się reagować odpowiednio na podsyłane bodźce, a nie je ignorować. Choć w niektórych momentach było to, niestety, konieczne. - Zastanawiałem się, czy ważne jest, aby sprecyzować pytanie, jakie zadam. - Bo to nie było dla niego wcale jasne i oczywiste. Odebrał wrażenie, jakby precyzyjność pytania mogła bardzo wiele ułatwić. Ale czy na pewno? W końcu skoro to jedna ze ścieżek to równie dobrze mogła pokazać coś najmniej interesującego. Stąd jego ciekawość w tym temacie. - Przyznam, że bardzo szybko zleciało, ale tak. Dziękuję. - Na tyle, na ile było to możliwe w tych szalonych czasach i pomijając upiorny statek, po którym miał paskudną bliznę na nadgarstku. Tylko nie było jej widać. Laurent ją maskował czarem, tak samo jak swoje siwe włosy. - Co do mojego pytania to przyznam, że chciałem zadać pytanie bardzo generyczne, choć bardzo istotne dla każdego człowieka. Zastanawiam się, czy będzie mi pisany związek z miłości. - I to miało bardzo dużo podtekstów niewypowiedzianych, bardzo wiele problemów, które nawet nie polegały na tym, że powinien się ożenić i spłodzić potomka dla rodu. Bo Laurent byłby gotów to zrobić a to, kim by ta kobieta była nie miałoby aż tak wielkiego znaczenia. To znaczy - miałoby, ale chodziło o pewną powinność. Z tym, że w ogóle nie sądził, żeby coś takiego miało miejsce. Miał pytania związane z rejsem, ale w całym klimacie znalezienia tego posągu jakoś... rozpłynęło się to. Choć poniekąd rejs to również poruszało. Poniekąd.