15.09.2023, 10:00 ✶
– Niekoniecznie płotka. Myślę jednak, że nie jest z tych czystokrwistych, którzy mogą rozstawiać innych po kątach. Jakaś zubożała gałąź? Ktoś z półświatka albo wydziedziczony? – wyliczyła Brenna. Odmówiono jej informacji na ten temat, a nie próbowała sprawy drążyć w Biurze, w końcu była to oficjalnie robota aurorów. Co nie znaczyło, że nie próbowała szukać. – To oni ukradli kamień Shafiqów – mruknęła jeszcze, splatając ręce na kolanach. – To informacja dla Erika z Zakonu, nie z Brygady – dodała, tak na wszelki wypadek, żeby przypadkiem nie uznał, że dowiedziała się tego w pracy.
Moda czarodziejów i mugoli stawała się w ostatnich latach w wielu punktach zbieżna, chociaż wciąż te typowo mugolskie stroje dla czystokrwistych nie były w pełni naturalne. Jeżeli szło o Brennę, przebywając w Dolinie, gdzie pełno było mugoli, to nosiła się tak mugolsko, jak tylko było można – w dodatku zazwyczaj wyglądała na mugolkę raczej zubużałą i kompletnie pozbawioną stylu.
– Samuel Carrow chyba trochę grzebie w mechanizmach – odparła Brenna, która rzecz jasna już o tym zdążyła pomyśleć. Nie mieli go może w takim sensie, jak Norę i kompanię, czyli w Zakonie Feniksa, ale jeśli byłby w stanie wykonać coś takiego, wystarczyło zaoferować dobrą zapłatę. – Poza tym Dani opowiedziała kiedyś o Prewettównie, która lubi tworzyć różne cuda.
Prewettowie i Longbottomowie niekoniecznie byli na szczególnie zażyłej stopie, ale ta konkretna Prewettówna była siostrą Laurenta. Brenna była gotowa spróbować ją wybadać, zarówno pod kątem tego zlecenia, jak i ewentualnie kolejnych w przyszłości. Bo Erik miał rację: w tej chwili mieli w Zakonie bardzo wielu członków Departamentu Przestrzegania Prawa i mistrzów eliksirów. To było ważne, ponieważ potrzebowali zasobów do walki i mikstur. Ale wpływy w innych departamentach, mechanizmy, przedmioty, leczenie… O to też musieli zadbać.
– Nie. Zorganizuję go, zatrudnię pracowników, załatwię jedzenie, dekoracje, przygotuję zaproszenia. Ale to ty staniesz przed gośćmi, żeby ich przywitać. Zobaczymy, czy zimą, czy jesienią, bo zima i tak obfituje w bale – powiedziała Brenna, obdarzając brata uśmiechem. Przecież to nie tak, że miała zamiar zepchnąć wszystko na brata. O nie. Odwali swoją część roboty, on po prostu… zbierze za to laury. – Nie jestem pewna, czy to rozrywka, która przypadłaby elitom tego świata do gustu – roześmiała się, już całkiem szczerze. – Wyobrażasz sobie ciotkę Evę walczącą na śnieżki? Albo że ustawiamy w dwóch przeciwnych drużynach Williama Lestrange’a i Eden Lestrange? Myślę, że jednak takie rzeczy zostawiamy na zebrania rodzinne. Ale myślałam po prostu o losach, z jakimiś drobnymi prezentami albo nagrodami dla każdego, kto je wykupi… na cele charytatywne, oczywiście, i możliwe do wymieniania między sobą. Och, może do któregoś wrzucimy weekendowy wypad z Erikiem Longbottomem do Szkocji? Jestem pewna, że schodziłyby wtedy jak świeże bułeczki… Jak coś, to żartuję – uspokoiła go, bo nie, nie planowała ponownie takiego numeru. – Nigdy nie unikałam reportów. Po prostu nie szukałam ich uwagi. Teraz zacznę ich unikać – sprostowała Brenna, bo przecież do tej pory nie starała się w żaden sposób umykać przed dziennikarzami. Przyjmowała, że pewnymi rzeczami musi się zająć i już. Zwyczajnie rzadko ją ścigali. – Idę przygotować kolację i lunch na jutro do pracy. Zaproponowałabym, żebyś poszedł ze mną, ale chyba nie jestem aż taką ryzykantką, więc może potem przyniosę ją po prostu do salonu.
Moda czarodziejów i mugoli stawała się w ostatnich latach w wielu punktach zbieżna, chociaż wciąż te typowo mugolskie stroje dla czystokrwistych nie były w pełni naturalne. Jeżeli szło o Brennę, przebywając w Dolinie, gdzie pełno było mugoli, to nosiła się tak mugolsko, jak tylko było można – w dodatku zazwyczaj wyglądała na mugolkę raczej zubużałą i kompletnie pozbawioną stylu.
– Samuel Carrow chyba trochę grzebie w mechanizmach – odparła Brenna, która rzecz jasna już o tym zdążyła pomyśleć. Nie mieli go może w takim sensie, jak Norę i kompanię, czyli w Zakonie Feniksa, ale jeśli byłby w stanie wykonać coś takiego, wystarczyło zaoferować dobrą zapłatę. – Poza tym Dani opowiedziała kiedyś o Prewettównie, która lubi tworzyć różne cuda.
Prewettowie i Longbottomowie niekoniecznie byli na szczególnie zażyłej stopie, ale ta konkretna Prewettówna była siostrą Laurenta. Brenna była gotowa spróbować ją wybadać, zarówno pod kątem tego zlecenia, jak i ewentualnie kolejnych w przyszłości. Bo Erik miał rację: w tej chwili mieli w Zakonie bardzo wielu członków Departamentu Przestrzegania Prawa i mistrzów eliksirów. To było ważne, ponieważ potrzebowali zasobów do walki i mikstur. Ale wpływy w innych departamentach, mechanizmy, przedmioty, leczenie… O to też musieli zadbać.
– Nie. Zorganizuję go, zatrudnię pracowników, załatwię jedzenie, dekoracje, przygotuję zaproszenia. Ale to ty staniesz przed gośćmi, żeby ich przywitać. Zobaczymy, czy zimą, czy jesienią, bo zima i tak obfituje w bale – powiedziała Brenna, obdarzając brata uśmiechem. Przecież to nie tak, że miała zamiar zepchnąć wszystko na brata. O nie. Odwali swoją część roboty, on po prostu… zbierze za to laury. – Nie jestem pewna, czy to rozrywka, która przypadłaby elitom tego świata do gustu – roześmiała się, już całkiem szczerze. – Wyobrażasz sobie ciotkę Evę walczącą na śnieżki? Albo że ustawiamy w dwóch przeciwnych drużynach Williama Lestrange’a i Eden Lestrange? Myślę, że jednak takie rzeczy zostawiamy na zebrania rodzinne. Ale myślałam po prostu o losach, z jakimiś drobnymi prezentami albo nagrodami dla każdego, kto je wykupi… na cele charytatywne, oczywiście, i możliwe do wymieniania między sobą. Och, może do któregoś wrzucimy weekendowy wypad z Erikiem Longbottomem do Szkocji? Jestem pewna, że schodziłyby wtedy jak świeże bułeczki… Jak coś, to żartuję – uspokoiła go, bo nie, nie planowała ponownie takiego numeru. – Nigdy nie unikałam reportów. Po prostu nie szukałam ich uwagi. Teraz zacznę ich unikać – sprostowała Brenna, bo przecież do tej pory nie starała się w żaden sposób umykać przed dziennikarzami. Przyjmowała, że pewnymi rzeczami musi się zająć i już. Zwyczajnie rzadko ją ścigali. – Idę przygotować kolację i lunch na jutro do pracy. Zaproponowałabym, żebyś poszedł ze mną, ale chyba nie jestem aż taką ryzykantką, więc może potem przyniosę ją po prostu do salonu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.