Crouchowie także pojawili się na przyjęciu. Tej szanowanej i zamożnej rodziny nie mogło absolutnie zabraknąć. Pochód otwierała Elisabeth Crouch, sędzina Wizengamotu, znana w wielu kręgach kobieta o niezwykłym poziomie elegancji. Pod rękę trzymała swego męża, poczciwego Boba Crouch, znamienitego prawnika z niezwykle ciepłym usposobieniem, czym od razu zdradza, że nazwisko ma po żonie. Tuż za nimi — niespodzianka — pani adwokat, Jane Mary Sue. Nie tak towarzyska jak rodzice, lecz równie znamienita partnerka do konwersacji.
Na samym końcu Martin, niczym przypadkowe ziarnko piachu przyniesione przez wiatr, swym szarym majestatem odpłynął od rodzinnej gromadki. Przesuwał się wzdłuż ściany, by unikając wszelakiej żywej duszy, zająć miejsce na jednej z kanap, podczas gdy rodzice wraz z siostrą dumnie maszerowali w stronę najbliższego przedstawiciela Longbottomów, by się przywitać.
Ciemna szata połyskiwała granatem jak pokryta łuskami. Oszpecona blizną znudzona twarz kontrastowała z wyszukanymi tkaninami, a obojętna poza z przytulnym kunsztem kanapy. Po zaaklimatyzowaniu przeczesywanie towarzystwa zostało rozpoczęte. Rozpoznawał niektóre twarze, może nawet kojarzył nazwiska. W tych wszystkich brokatach każdy wyglądał nader wytwornie i jednocześnie niezachęcająco dla najmłodszego Croucha. Z tyłu głowy przesuwała się lista panien na wydaniu, usilnie wpychana poza obręb świadomości.