15.09.2023, 22:33 ✶
Może było to swego rodzaju myślenie magiczne mugoli – szukanie odrobiny magii, brakującej w ich codzienności. Bo przecież, z tego co Brenna wiedziała, to był ich zwyczaj, który niektórzy czarodzieje przejęli. Chcieli czasem uwierzyć w odrobinę magii.
Było coś zabawnego w tym, że najwyraźniej czarodzieje też tego potrzebowali. Szukania czegoś więcej poza własnymi zdolnościami. Może faktycznie nadziei. Ostatecznie czasem mieli wyłącznie ją. Dlatego Brenna zdmuchnęła tę świeczkę, bez wiary, że pragnienie uleci wraz z dymem ku niebu i się spełni… ale z jakąś nadzieją, że może zdołają z czasem sprawić, że właśnie tak się stanie.
Nie miała jednak okazji zbyt długo na ten temat rozmyślać, kiedy popędziła za Mavelle do jej pokoju. Zaklęcie, które rzuciła sama Brenna, nieco spowolniło proces mnożenia się ołówków, ale dopiero czar Bones je zatrzymał. Podłoga była jednak wciąż zaścielona całym mnóstwem przyborów do rysowania. Oczywiście, miały pewnie za jakiś czas zniknąć, ale w tej chwili…
– Och, wybiorę się tam oficjalnie, więc na pewno nie sama – zapewniła Brenna z wyraźną irytacją. – Co gdyby ktoś kupił coś takiego dla dziecka? Albo charłaka? Lub kogoś, kto akurat ma prawdziwy antytalent do rozpraszania magii?
Tak, umysł Brenny miał tendencje do biegnięcia takimi ścieżkami. Można by powiedzieć, że przecież nie stało się nic wielkiego, ale jej wystarczyło, że mogło. I chociaż miała tendencje do bagatelizowania, kiedy to „mogło” dotyczyło tylko jej, to tutaj sytuacja była już bardziej skomplikowana.
Longbottom machnęła różdżką, raz, drugi i trzeci, pozbywając się magicznie namnożonych ołówków.
– Zapytam Dani, co to za klątwa. Nigdy się z taką nie spotkałam, ale skoro już ewidentnie drugi raz natykamy się na to samo, chyba warto zebrać więcej informacji, zanim pójdę spadać na właścicieli tego sklepu na podobieństwo tony cegieł – oświadczyła, po czym cofnęła się i obdarzyła Mavelle uśmiechem. Jej uszu dobiegł gdzieś trzask drzwi, dźwięk wody – najwyraźniej pierwsi domownicy zaczynali powoli wstawać. – To też tam kupiłaś? Bo chyba w takim wypadku też pokażemy te wisiorki Danielle – oświadczyła, wskazując na połówkę słońca, wiszącą na jej szyi. Ta wprawdzie nie należała do kolekcji Iony, ale Brenna przecież nie miała pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Że pewna złośliwa czarownica puściła w świat całe mnóstwo takich przedmiotów i że żadna z nich, nieważne, co zrobi, nie zdoła w szybkim tempie zdjąć z rynku ich wszystkich…
– A tymczasem chyba pora trochę się ogarnąć i iść do kuchni, żeby poczęstować wszystkich innych słodkościami – stwierdziła Brenna. Wprawdzie obyczaje w domu Longbottomów były dość swobodne i Brennie zdarzało się jeść śniadanie w piżamie, ale prawdopodobnie dzisiaj matka będzie oczekiwała od swoich wszystkich dzieci (nie tylko Brenny i Erika) choć odrobinę bardziej oficjalnego podejścia. Na przykład założenia czegoś poza piżamą.
Dlatego Brenna skierowała się do swojego pokoju, z zamiarem zjedzenia wypieku przygotowanego przez Norę na prośbę Mavelle, a potem ubrania się i zabrania na dół tęczowego tortu.
Było coś zabawnego w tym, że najwyraźniej czarodzieje też tego potrzebowali. Szukania czegoś więcej poza własnymi zdolnościami. Może faktycznie nadziei. Ostatecznie czasem mieli wyłącznie ją. Dlatego Brenna zdmuchnęła tę świeczkę, bez wiary, że pragnienie uleci wraz z dymem ku niebu i się spełni… ale z jakąś nadzieją, że może zdołają z czasem sprawić, że właśnie tak się stanie.
Nie miała jednak okazji zbyt długo na ten temat rozmyślać, kiedy popędziła za Mavelle do jej pokoju. Zaklęcie, które rzuciła sama Brenna, nieco spowolniło proces mnożenia się ołówków, ale dopiero czar Bones je zatrzymał. Podłoga była jednak wciąż zaścielona całym mnóstwem przyborów do rysowania. Oczywiście, miały pewnie za jakiś czas zniknąć, ale w tej chwili…
– Och, wybiorę się tam oficjalnie, więc na pewno nie sama – zapewniła Brenna z wyraźną irytacją. – Co gdyby ktoś kupił coś takiego dla dziecka? Albo charłaka? Lub kogoś, kto akurat ma prawdziwy antytalent do rozpraszania magii?
Tak, umysł Brenny miał tendencje do biegnięcia takimi ścieżkami. Można by powiedzieć, że przecież nie stało się nic wielkiego, ale jej wystarczyło, że mogło. I chociaż miała tendencje do bagatelizowania, kiedy to „mogło” dotyczyło tylko jej, to tutaj sytuacja była już bardziej skomplikowana.
Longbottom machnęła różdżką, raz, drugi i trzeci, pozbywając się magicznie namnożonych ołówków.
– Zapytam Dani, co to za klątwa. Nigdy się z taką nie spotkałam, ale skoro już ewidentnie drugi raz natykamy się na to samo, chyba warto zebrać więcej informacji, zanim pójdę spadać na właścicieli tego sklepu na podobieństwo tony cegieł – oświadczyła, po czym cofnęła się i obdarzyła Mavelle uśmiechem. Jej uszu dobiegł gdzieś trzask drzwi, dźwięk wody – najwyraźniej pierwsi domownicy zaczynali powoli wstawać. – To też tam kupiłaś? Bo chyba w takim wypadku też pokażemy te wisiorki Danielle – oświadczyła, wskazując na połówkę słońca, wiszącą na jej szyi. Ta wprawdzie nie należała do kolekcji Iony, ale Brenna przecież nie miała pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Że pewna złośliwa czarownica puściła w świat całe mnóstwo takich przedmiotów i że żadna z nich, nieważne, co zrobi, nie zdoła w szybkim tempie zdjąć z rynku ich wszystkich…
– A tymczasem chyba pora trochę się ogarnąć i iść do kuchni, żeby poczęstować wszystkich innych słodkościami – stwierdziła Brenna. Wprawdzie obyczaje w domu Longbottomów były dość swobodne i Brennie zdarzało się jeść śniadanie w piżamie, ale prawdopodobnie dzisiaj matka będzie oczekiwała od swoich wszystkich dzieci (nie tylko Brenny i Erika) choć odrobinę bardziej oficjalnego podejścia. Na przykład założenia czegoś poza piżamą.
Dlatego Brenna skierowała się do swojego pokoju, z zamiarem zjedzenia wypieku przygotowanego przez Norę na prośbę Mavelle, a potem ubrania się i zabrania na dół tęczowego tortu.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.