Odetchnął z ulgą, gdy znaleźli się na zewnątrz. Chociaż ceremonia nie należała do wyjątkowo długich i tak odcisnęła swe piętno na Eriku. Nie co dzień żegna się krewnego, zwłaszcza takiego, który spokojnie mógłby jeszcze spędzić na tym świecie kilka, kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat. Godryk Longbottom był dość dosadnym dowodem na to, że członkowie tej rodziny byli w stanie dożyć sędziwego czy też po prostu... zaawansowanego... wieku. Ciekawe, czy temu pokoleniu uda się podtrzymać tradycję, pomyślał ponuru, mrużąc oczy, gdy padło na niego światło dnia.
Podczas spaceru do rodowej krypty starał się nie obracać zbytnio na boki, czy za siebie. Pogrzeb może i był prywatnym wydarzeniem, jednak i tak pojawiło się na nim całkiem sporo ludzi. A Erik nie miał zbytnio ochoty na to, aby patrzeć im wszystkim – naraz – w twarz. Wyrzuty sumienia? Kręciło się tutaj pełno pracowników Ministerstwa Magii, więc zapewne i oni zostali naznaczeni przez tragedię na Beltane. Może nie stracili bezpowrotnie kogoś bliskiego, ale ich ukochani mogli być ranni, zaginieni lub po prostu straumatyzowani po tej pierwszej majowej nocy.
Trzymał się przede wszystkim swojej siostry i kuzynek. Gdy zatrzymali się przed grobowcem, przesunął się lekko na tyły, co by móc otulić ramieniem zarówno Brennę, jak i Mavelle. Kątem oka zerkał też co rusz na Lucy i Danielle. Martwił się o nie obie. Zwłaszcza o Dani, która pomimo tego, że nie była zbytnio doświadczona w boju, tak dała z siebie wszystko na Polanie Ognisk, korzystając ze swych innych talentów. Jak bardzo ją to zmieni? Czy wytrzyma presję? Momentalnie zganił się za takie myślenie. To nie był czas ani miejsce na to. Mogli porozmawiać o tym później, gdy będzie spokojniej, gdy... Gdy to będzie właściwy czas.
Tylko, czy kiedykolwiek taki będzie?, zachodził w głowę Erik. Ledwie kilka dni temu dostali informację na temat następnego zebrania Zakonu. Dzisiaj. Teraz. Praktycznie, że zaraz. Zakręciło mu się w głowie na samą myśl. Czy miał to uznać za promyk nadziei, że teraz faktycznie zacznie się ich droga ku lepszemu? A może wręcz przeciwnie, jedno przykre wydarzenie miało pociągnąć za sobą lawinę wielu innych – być może o wiele gorszych? Tego chyba nie wiedział absolutnie nikt.
Kiedy przyszedł czas na składanie kondolencji, Erik wywiązywał się ze swojej roli, najlepiej jak umiał. Starał się odciążyć resztę rodziny, co by nie musieli nieść najgorszego ciężaru. Gdy Nora uwiesiła się jego szyi, rysy twarzy Longnottoma wyraźnie złagodniały, pozwalając sobie na to, aby po prostu cieszyć się z tej chwili. Objął krótko blondynkę. Chociaż ona była bezpieczna. Jej straty chyba by nie przeżył.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞