15.09.2023, 23:30 ✶
On miał wątpliwości, czy cokolwiek proponować, ona czy się zgadzać. Pewnie nie zgodziłaby się, gdyby nie obiecała, że przestanie się wygłupiać i na sam jego widok uciekać na drugi koniec Ministerstwa. Chociaż to nie tak, że to był jedyny powód – i właśnie dlatego, doskonale wiedziała, powinna walnąć głową o jakąś najbliższą płaską powierzchnię, tak raz, dwa albo trzy, dla otrzeźwienia.
Tyle że w tej chwili nawet się tym wszystkim nie przejmowała, bo po prostu najpierw była zbyt zmęczona na jakieś skomplikowane, typowe dla niej analizy, a potem swoje zaczęła robić magia więzi. Ale i to po prostu zepchnęła… gdzieś na bok.
– Wtedy przestałoby to być odludzie – odparła i uniosła do ust termos, by wypić kolejny łyk kawy. – Przepraszam, cierpię na poważną przypadłość zbyt wysokiego stężenia krwi w układzie kofeinonośnym.
Psiak, bawiący się dotąd w pobliżu, przystanął i spoglądał na obcego, raczej z zaciekawieniem niż agresją. W domu Longbottomów mieszkało tak wiele osób, i tak wiele się przez niego przewijało, że nawet nieśmiały Łatek – pies naprawdę wyjątkowo brzydki, i niesamowicie rasowy, bo tych ras miał pewnie w sobie ze dwadzieścia – przywykł do obecności ludzi. Nie zbliżał się jednak, trzymając pełen ostrożności dystans.
– Taaak, zabierałam tu brata i siostrę, kiedy chcieliśmy się pobić tak, żeby mama nie przeszkadzała.
Elise wiele rozumiała, bo w tej rodzinie... pewne rzeczy były tradycją rodzinną, i to taką, do której potomstwa wcale nie trzeba było zmuszać. Ale niektóre ich potyczki stawały się niekiedy na tyle zacięte, że wyrażała swoje niezadowolenie. Ruiny stanowiły zresztą lepszą scenerię do walk na miecze niż sad i działało to na wyobraźnię małej Brenny.
– Dowiedziałeś się czegoś? Albo chcesz próbować z Macmillanami? Mam tylko trochę obaw, czy się uda, bo chyba nikt jeszcze tego nie zrywał, i że wtedy tydzień później o wszystkim będzie wiedział cały Londyn. Ewentualnie spróbują zepchnąć mnie ukradkiem z jakichś schodów, bo jedna Brygadzistka z nimi spokrewniona wspomniała dziś w Biurze, że masz tam strasznie dużo wielbiciele – oświadczyła. To nie tak, że Brenna w ogóle nie była religijna, ale… jakoś tak niespecjalnie, przynajmniej do niedawna: do dnia, gdy Mavelle doświadczyła wspomnienia o ogniu i babce. Tyle że to nie sprawiało, że nagle Brenna była całkiem pewna, że jeżeli pojawią się w kowenie, gdzie były całe stada kapłanek, wszystkie zachowają milczenie. Ani że nie zinterpretują sobie sytuacji jak Borginowie. Niby nic strasznego, ale przecież chwilowo próbowała nie zwracać na siebie uwagi. Ach i że w ogóle się im uda – na razie nie słyszała o przypadku przełamania więzi i miała cichą nadzieję, że może jednak ktoś spróbuje tego pierwszy w najbliższych dniach.
Tyle że w tej chwili nawet się tym wszystkim nie przejmowała, bo po prostu najpierw była zbyt zmęczona na jakieś skomplikowane, typowe dla niej analizy, a potem swoje zaczęła robić magia więzi. Ale i to po prostu zepchnęła… gdzieś na bok.
– Wtedy przestałoby to być odludzie – odparła i uniosła do ust termos, by wypić kolejny łyk kawy. – Przepraszam, cierpię na poważną przypadłość zbyt wysokiego stężenia krwi w układzie kofeinonośnym.
Psiak, bawiący się dotąd w pobliżu, przystanął i spoglądał na obcego, raczej z zaciekawieniem niż agresją. W domu Longbottomów mieszkało tak wiele osób, i tak wiele się przez niego przewijało, że nawet nieśmiały Łatek – pies naprawdę wyjątkowo brzydki, i niesamowicie rasowy, bo tych ras miał pewnie w sobie ze dwadzieścia – przywykł do obecności ludzi. Nie zbliżał się jednak, trzymając pełen ostrożności dystans.
– Taaak, zabierałam tu brata i siostrę, kiedy chcieliśmy się pobić tak, żeby mama nie przeszkadzała.
Elise wiele rozumiała, bo w tej rodzinie... pewne rzeczy były tradycją rodzinną, i to taką, do której potomstwa wcale nie trzeba było zmuszać. Ale niektóre ich potyczki stawały się niekiedy na tyle zacięte, że wyrażała swoje niezadowolenie. Ruiny stanowiły zresztą lepszą scenerię do walk na miecze niż sad i działało to na wyobraźnię małej Brenny.
– Dowiedziałeś się czegoś? Albo chcesz próbować z Macmillanami? Mam tylko trochę obaw, czy się uda, bo chyba nikt jeszcze tego nie zrywał, i że wtedy tydzień później o wszystkim będzie wiedział cały Londyn. Ewentualnie spróbują zepchnąć mnie ukradkiem z jakichś schodów, bo jedna Brygadzistka z nimi spokrewniona wspomniała dziś w Biurze, że masz tam strasznie dużo wielbiciele – oświadczyła. To nie tak, że Brenna w ogóle nie była religijna, ale… jakoś tak niespecjalnie, przynajmniej do niedawna: do dnia, gdy Mavelle doświadczyła wspomnienia o ogniu i babce. Tyle że to nie sprawiało, że nagle Brenna była całkiem pewna, że jeżeli pojawią się w kowenie, gdzie były całe stada kapłanek, wszystkie zachowają milczenie. Ani że nie zinterpretują sobie sytuacji jak Borginowie. Niby nic strasznego, ale przecież chwilowo próbowała nie zwracać na siebie uwagi. Ach i że w ogóle się im uda – na razie nie słyszała o przypadku przełamania więzi i miała cichą nadzieję, że może jednak ktoś spróbuje tego pierwszy w najbliższych dniach.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.