16.09.2023, 11:43 ✶
W sumie to trochę żartowała, że pewnie nie zauważył, jak bardzo sławni się stali. Chociaż niezauważenie tego było raczej niemożliwe. I cała ta sława, wyraźnie doceniana przez niego i ani trochę nie przeszkadzająca Victorii, była problemem dla Mavelle i przede wszystkim dla Patricka. Dla całego Zakonu.
- Chyba przegapiłeś ten fragment, w którym opisano, że przyłapała go w garderobie teatru, z mężczyzną, w dodatku swoim byłym narzeczonym i miała u swojego boku trzy inne osoby - parsknęła. Ta historia była materiałem na nagłówki, ale popularność Zimnych ją przebijała. Brenna miała wręcz wrażenie, że ktoś ją specjalnie rozdmuchuje.
Na propozycję pokręciła tylko głową, unosząc lekko termos.
- Mam kawę. Chcesz? - spytała, skoro on oferował papierosy, chociaż wątpiła, aby się zgodził. - W czwartki chodzi na randki, w piątki porywam ją na Nokturna, a soboty wyjątkowo spędza we własnym łóżku - wyrecytowała. - Mav brała w tym udział wiele razy i twierdzi, że to zawsze po prostu była radość i nigdy nie trzymała jej dłużej niż dobę. W tym roku... ta, pisałam do niej i widzi różnicę. Widziałam w tej Dolinie każdy sabat i nikt nigdy tak nie oszalał. I jeśli miałbyś rację, musielibyśmy przyjąć, że to bogini spłatała nam figla. Chyba wolę wierzyć, że to sprawka Voldemorta. Przecież coś świeciło pod tą ziemią. Musiało być tam wcześniej.
I światło biegło do ognisk. Mogło uczynić efekt... trwałym. I gorszym niż zwykle. Łatwiej było obwiniać Voldemorta niż boginię. Bogowie mieszający się w losy śmiertelników... to była po prostu zbyt niepokojącą wizja.
Milczała przez chwilę, kiedy zapytał o wosk. Odwróciła wzrok, spoglądając najpierw na Łatka, a potem gdzieś ku horyzontowi. Liczyła, że inne rzeczy odwróciły jego uwagę. Niestety. Może tak naprawdę to o to przyszedł spytać, nie rozmawiać o próbie pozbycia się tego cholerstwa, która chyba musiała poczekać aż ktoś przełamie więż jako pierwszy. W końcu... zdecydowała się na powiedzenie drobnej części prawdy. Zwykłe takie odpowiedzi były lepsze niż absolutne bajeczki.
- Kamień, który miał w ręku? Ukradli go Shafiqom tuż przed świętem. Prowadziłam tę sprawę. Znajoma jasnowidzka śniła o ogniach Beltane i to nie były zwykłe sny. Nie miałam dowodów, a ministerstwo niezbyt chciało przyznać dodatkowe wsparcie, ale byłam prawie pewna, że się tam pojawi. Celowo wpisałam nas na patrol koło ognia, skąd nie dałoby się uciec, a zostając tam bez ochrony można było stracić zmysły. Dlatego ten śmierciożerca pełzł do ognia. To były kadzidła zapewniające jasność myślenia. Nie miały nic wspólnego z efektem, ten dotyczy chyba wszystkich, którzy wzięli udział w rytuale.
I kadzidło mieli wszyscy, co do których sądziła, że zostaną walczyć. Prześladowały ją trochę wyrzuty, że nie wręczyła kadzidła Victorii, ale Lestrange otrzeźwiała dzięki Mav i Patrickowi, a Brenna początkowo nie wiedziała, że ta będzie na patrolu. Po prostu... głupio było zostawić Bulstroda całkowicie bez ochrony, kiedy nie była pewna, co się stanie, a jeszcze swoje zrobił ten rytuał.
- Chyba przegapiłeś ten fragment, w którym opisano, że przyłapała go w garderobie teatru, z mężczyzną, w dodatku swoim byłym narzeczonym i miała u swojego boku trzy inne osoby - parsknęła. Ta historia była materiałem na nagłówki, ale popularność Zimnych ją przebijała. Brenna miała wręcz wrażenie, że ktoś ją specjalnie rozdmuchuje.
Na propozycję pokręciła tylko głową, unosząc lekko termos.
- Mam kawę. Chcesz? - spytała, skoro on oferował papierosy, chociaż wątpiła, aby się zgodził. - W czwartki chodzi na randki, w piątki porywam ją na Nokturna, a soboty wyjątkowo spędza we własnym łóżku - wyrecytowała. - Mav brała w tym udział wiele razy i twierdzi, że to zawsze po prostu była radość i nigdy nie trzymała jej dłużej niż dobę. W tym roku... ta, pisałam do niej i widzi różnicę. Widziałam w tej Dolinie każdy sabat i nikt nigdy tak nie oszalał. I jeśli miałbyś rację, musielibyśmy przyjąć, że to bogini spłatała nam figla. Chyba wolę wierzyć, że to sprawka Voldemorta. Przecież coś świeciło pod tą ziemią. Musiało być tam wcześniej.
I światło biegło do ognisk. Mogło uczynić efekt... trwałym. I gorszym niż zwykle. Łatwiej było obwiniać Voldemorta niż boginię. Bogowie mieszający się w losy śmiertelników... to była po prostu zbyt niepokojącą wizja.
Milczała przez chwilę, kiedy zapytał o wosk. Odwróciła wzrok, spoglądając najpierw na Łatka, a potem gdzieś ku horyzontowi. Liczyła, że inne rzeczy odwróciły jego uwagę. Niestety. Może tak naprawdę to o to przyszedł spytać, nie rozmawiać o próbie pozbycia się tego cholerstwa, która chyba musiała poczekać aż ktoś przełamie więż jako pierwszy. W końcu... zdecydowała się na powiedzenie drobnej części prawdy. Zwykłe takie odpowiedzi były lepsze niż absolutne bajeczki.
- Kamień, który miał w ręku? Ukradli go Shafiqom tuż przed świętem. Prowadziłam tę sprawę. Znajoma jasnowidzka śniła o ogniach Beltane i to nie były zwykłe sny. Nie miałam dowodów, a ministerstwo niezbyt chciało przyznać dodatkowe wsparcie, ale byłam prawie pewna, że się tam pojawi. Celowo wpisałam nas na patrol koło ognia, skąd nie dałoby się uciec, a zostając tam bez ochrony można było stracić zmysły. Dlatego ten śmierciożerca pełzł do ognia. To były kadzidła zapewniające jasność myślenia. Nie miały nic wspólnego z efektem, ten dotyczy chyba wszystkich, którzy wzięli udział w rytuale.
I kadzidło mieli wszyscy, co do których sądziła, że zostaną walczyć. Prześladowały ją trochę wyrzuty, że nie wręczyła kadzidła Victorii, ale Lestrange otrzeźwiała dzięki Mav i Patrickowi, a Brenna początkowo nie wiedziała, że ta będzie na patrolu. Po prostu... głupio było zostawić Bulstroda całkowicie bez ochrony, kiedy nie była pewna, co się stanie, a jeszcze swoje zrobił ten rytuał.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.