16.09.2023, 15:09 ✶
Sama już jakiś dobry miesiąc temu myślała o zebraniu zimnych w jednym miejscu, żeby omówić to, co się z nimi stało, ale jakoś tak… wszystko się rozmyło. Albo raczej: dała się pochłonąć innymi sprawami, głównie pracą, i ostatecznie myśl ta umknęła.
Do czasu, kiedy najwyraźniej Lestrange wzięła sprawy w swoje ręce. Ba, mało tego, wyglądało na to, że udało jej się czegoś dowiedzieć, zatem tym bardziej nie widziała żadnych powodów, żeby się w jakikolwiek sposób wyłamać – w końcu ta zmiana dotyczyła nie tylko bezpośrednio jej samej, ale i też, w pewnym stopniu, wpływała na najbliższych. Nie mówiąc już o tych cholernych wspomnieniach – wprawdzie już zemdlenie się nie przytrafiało ani te nie odczuwała już takiego bólu jak wtedy – jaką jednak mogła mieć pewność, gwarancję tego, że to się nie powtórzy w żaden sposób?
Że nie zagrozi przez to nikomu. Bo, z której strony by nie patrzeć, nie miała łatwej, prostej pracy polegającej na przerzuceniu papierów z jednego stosu na drugi. Nie. Pojawiała się w terenie, a w terenie bywało naprawdę przeróżnie.
Zasugerowanie Warowni jako miejsca spotkania zdawało się być czymś wręcz naturalnym – zwłaszcza że wcale nie musieli zamykać się w jednym z jej pokoi, a… poprowadziła całe towarzystwo do domku ogrodnika, obecnie mającego za zadanie zapewnienie większej prywatności, nie zaś dachu nad głową. Skoro zaś już o dachu mowa – tak, ten już został naprawiony, a śladów po okołobeltanowej wichurze nie dało się znaleźć; chyba że wiedziało się, czego dokładnie szukać.
Znaleźli się w czymś w rodzaju salonu; do wyboru mieli fotele i kanapę, zaproponowała też zebranym kawę (bądź herbatę) – niby spotkanie nie miało trwać specjalnie długo, niemniej nie znaczyło to, że miała całkiem zapomnieć o zasadach gościnności.
Sama przysiadła na fotelu; z uwagą wysłuchała słów Victorii. Tak, coś słyszała o tym myleniu, ale mimo wszystko, nie znała każdego szczegółu. Nic dziwnego; Brenna ją po prostu ostrzegła na wypadek, gdyby miało się się przytrafić coś podobnego, uszanowała jednak samą Victorię i nie zdradziła detali. Te, najwyraźniej, zarysowały się właśnie teraz.
- Owszem – stwierdziła krótko. Patrick wiedział, zdawała sobie również sprawę z tego, że Lestrange też to i owo coś usłyszała, nie było zatem powodów, by się zapierać rękoma i nogami i próbować zaprzeczać. Po co? - Aczkolwiek… czuję, jakby to były moje własne wspomnienia, czuję, jakbym była tam i wtedy, ale jak na razie byłam w stanie zdać sobie sprawę z tego, że to nie mogłam być ja – przyznała, nie planując jednak dzielić się tym, co widziała.
Bo te wspomnienia nie były jej.
Bo te wspomnienia należały do bliskiej jej osoby.
Bo zawierały w sobie sekrety.
I w końcu – bo nie czuła, że ma prawo nimi dysponować. Nie jej życie, nie ona je przeżyła, nawet jeśli miewała wrażenie, że owszem, to wszystko było jej udziałem.
Zerknęła krótko na Patricka. Wtedy, gdy rozmawiali, twierdził, że nie ma cudzych wspomnień. Może jeszcze ich nie zauważył, może pojawiły się później. A może jednak mu tego oszczędzono?
Do czasu, kiedy najwyraźniej Lestrange wzięła sprawy w swoje ręce. Ba, mało tego, wyglądało na to, że udało jej się czegoś dowiedzieć, zatem tym bardziej nie widziała żadnych powodów, żeby się w jakikolwiek sposób wyłamać – w końcu ta zmiana dotyczyła nie tylko bezpośrednio jej samej, ale i też, w pewnym stopniu, wpływała na najbliższych. Nie mówiąc już o tych cholernych wspomnieniach – wprawdzie już zemdlenie się nie przytrafiało ani te nie odczuwała już takiego bólu jak wtedy – jaką jednak mogła mieć pewność, gwarancję tego, że to się nie powtórzy w żaden sposób?
Że nie zagrozi przez to nikomu. Bo, z której strony by nie patrzeć, nie miała łatwej, prostej pracy polegającej na przerzuceniu papierów z jednego stosu na drugi. Nie. Pojawiała się w terenie, a w terenie bywało naprawdę przeróżnie.
Zasugerowanie Warowni jako miejsca spotkania zdawało się być czymś wręcz naturalnym – zwłaszcza że wcale nie musieli zamykać się w jednym z jej pokoi, a… poprowadziła całe towarzystwo do domku ogrodnika, obecnie mającego za zadanie zapewnienie większej prywatności, nie zaś dachu nad głową. Skoro zaś już o dachu mowa – tak, ten już został naprawiony, a śladów po okołobeltanowej wichurze nie dało się znaleźć; chyba że wiedziało się, czego dokładnie szukać.
Znaleźli się w czymś w rodzaju salonu; do wyboru mieli fotele i kanapę, zaproponowała też zebranym kawę (bądź herbatę) – niby spotkanie nie miało trwać specjalnie długo, niemniej nie znaczyło to, że miała całkiem zapomnieć o zasadach gościnności.
Sama przysiadła na fotelu; z uwagą wysłuchała słów Victorii. Tak, coś słyszała o tym myleniu, ale mimo wszystko, nie znała każdego szczegółu. Nic dziwnego; Brenna ją po prostu ostrzegła na wypadek, gdyby miało się się przytrafić coś podobnego, uszanowała jednak samą Victorię i nie zdradziła detali. Te, najwyraźniej, zarysowały się właśnie teraz.
- Owszem – stwierdziła krótko. Patrick wiedział, zdawała sobie również sprawę z tego, że Lestrange też to i owo coś usłyszała, nie było zatem powodów, by się zapierać rękoma i nogami i próbować zaprzeczać. Po co? - Aczkolwiek… czuję, jakby to były moje własne wspomnienia, czuję, jakbym była tam i wtedy, ale jak na razie byłam w stanie zdać sobie sprawę z tego, że to nie mogłam być ja – przyznała, nie planując jednak dzielić się tym, co widziała.
Bo te wspomnienia nie były jej.
Bo te wspomnienia należały do bliskiej jej osoby.
Bo zawierały w sobie sekrety.
I w końcu – bo nie czuła, że ma prawo nimi dysponować. Nie jej życie, nie ona je przeżyła, nawet jeśli miewała wrażenie, że owszem, to wszystko było jej udziałem.
Zerknęła krótko na Patricka. Wtedy, gdy rozmawiali, twierdził, że nie ma cudzych wspomnień. Może jeszcze ich nie zauważył, może pojawiły się później. A może jednak mu tego oszczędzono?