Elaine nigdy nie mieszkała w normalnym domu, a jeśli mieszkała to już dawno tego czasu nie pamięta. Zawsze jej rodzina składała się z dziwaków, artystów, wolnych dusz szukających swojego miejsca w świecie nie będąc w stanie przypasować się do normalnego społeczeństwa, które oczekiwało od nich bycia nudnymi, szarymi obywatelami. Jej rodzina była kolorowa, wesoła, miała swoje tajemnice i uczynki ukryte w cieniu swoich dusz. Czasami dla nich kradła, oszukiwała, ale wychowana w takim pojęciu życia nie widziała w tym nic złego, dla niej to była normalność. Była lekkoduchem, upartym, pewnym siebie, starającym się czerpać z życia jak najwięcej, a każde doświadczenie nawet to raniące serce próbowała obracać na swoją korzyść. Wchodząc do domu Laurenta czuła się podekscytowana. Lubiła odwiedzać ludzi w tych stojących, zakotwiczonych w ziemi domach. Jej się przemieszczał, był magicznie powiększony w środku, był wozem bez korzeni, jej dom był wszędzie, toczył się po różnych drogach odwiedzając każdy zakątek jaki tylko sobie zapragnęli, tam gdzie ich chcieli przyjąć. Podziwiała Prewetta, że potrafił wytrzymać tyle czasu w jednym miejscu, mieszkać w jeden określony sposób.
Elaine miała czasami kontakt z magicznymi stworzeniami, które pojawiały się w cyrku jako atrakcje, ale nigdy nie próbowała z nimi pracować, bo ich ogrom i niebezpieczeństwo jakie wiązało się z obcowaniem z nimi był dla niej lekko przerażający. Lubiła patrzeć na te zwierzęta, ale miała zbyt duży szacunek do takich istot, aby atakować je swoją ogromną energią i ciekawością. Sama też miała w sobie magiczną bestie, która chciała czasami się uwolnić, zniszczyć jej życie i świat.
Dom był piękny, widok również i czasami sama chciałaby umieścić swój wóz w jednym miejscu, aby podziwiać jeden widok. Uświadamiała sobie potem, że nie dałaby rady tak mieszkać, bo jeden widok byłby dla niej zbyt nudny i monotonny. Szybko by się nim znudziła i nie miała siły, aby egzystować w jednej przestrzeni kilka lat. Uśmiechała się cały czas obserwując otoczenie, w którym żył jej nowy przyjaciel. Podobno po domu osoby można się o niej wiele dowiedzieć. Elaine dowiedziała się, że żył prawdopodobnie sam, a jego dom był wyjątkowo zadbany. Chyba bardziej niż jej własna przestrzeń do życia. Wchodząc do kuchni ujrzała skrzata domowego; brwi uniosła wysoko zaskoczona jego widokiem. Słyszała o skrzatach, przewinęły się również przez jej dom, ale były na tyle szybkie i rezolutne, że nie była w stanie z żadnym porozmawiać. Podeszła do niego powoli i pochyliła się do skrzata wyciągając do niego dłoń, aby się z nim przywitać. Nie wiedziała, czy to go urazi, czy robi jakiś błąd, ale nie była świadoma jak działają. Słyszała o nich tylko plotki.
– Cześć, jestem Elaine! – przywitała się wesoło patrząc na niego ciepło. – Wyglądasz niesamowicie. Jeśli będę potrzebować pomocy zawołamy cię z przyjemnością. Jesz jabłeczniki? Będziemy za chwilę go robić. Jak będzie gotowy będziesz mógł go skosztować. Skrzaty chyba jedzą normalne jedzenie, prawda? – zapytała prostując się i rozglądając po kuchni.
Zaczęła otwierać szafki, aby zobaczyć co gdzie jest i co jest jej aktualnie potrzebne. Anne czytała jej niedawno przepis na jabłecznik, który podobno pochodzi z Polski i różni się trochę od szarlotki.
– Jabłecznik. Szarlotka to inne ciasto – poprawiła go i odwróciła się w jego kierunku przyłapując go na tym, że na nią patrzył. Była do tego przyzwyczajona, wielu ludzi na nią patrzyło więc się nie krępowała. Podeszła do niego i położyła dłoń na jego ramieniu. – Każdy postąpiłby tak samo na moim miejscu, a przynajmniej mam taką nadzieję. I nie jestem aniołem – puściła mu oko i uśmiechnęła się przyjemnie wracając do szperania mu po kuchni. Z szuflady wyjęła dwa nożyki a na blat położyła kilka jabłek. – Potrzebuje pomocy przy obraniu jabłek, bo będzie szybciej, a potem możesz zrobić nam coś do picia i czekać na gotowy deser – uśmiechnęła się do niego podając mu nożyk do ręki.