Ruchomy dom wydawał się dawać większe możliwości. Być jak wbudowana w rzeczywistość wolność pisana lekkim piórem. Ale Laurent lubił New Forest… przynajmniej kochał go bardzo do momentu, w którym tajemniczy morderca nie próbował go zabić. Teraz… teraz sam nie wiedział, jak mu tutaj było, dlatego głównie nocował w rodowej posiadłości, gdzie czuł się bezpieczniej. Nawet jeśli atmosfera nie była tam taka lekka i sielska. Coś za coś. Coś za coś…
- Dzień dobry panienko Elaine. Mam na imię Migotek i jeśli mogę panience pomóc proszę mnie zawołać. - Przedstawił się skrzat, spoglądając na nią tylko jednym zdrowym okiem. Ale nawet się delikatnie uśmiechnął, łapiąc Elaine za dłoń po zerknięciu na Laurenta, żeby upewnić się, że ten na to zezwala. Oczywiście, że zezwalał, skinął mu nawet zachęcająco głową. - Migotek będzie zachwycony mogąc spróbować jabłecznika panienki. - Potwierdził skrzat, skłonił się jeszcze i zniknał, aportując się do swoich obecnych zajęć. Albo na przerwę. Blondyn czasami nie nadążał za tym skrzatem i chociaż prosił go, żeby więcej odpoczywał to ten zaaawsze znajdował sobie coś do roboty. Moze i dom nie był duży i w nim samym wiele roboty nie było, skoro Laurent mieszkał tu sam (z psem), ale już wokół, w ogrodzie, przy stajniach - tam zawsze było co robić.
- Przepraszam, zupełnie nie znam się na gotowaniu… - Kobieta nie wydawała się urażona w żadnym razie, a Laurent nie należał do osób, które bały się przyznać do błędu albo uważały, że cokolwiek tracą na takowym. Elaine przeszła do poruszania się po wnętrzu z wprawnością tancerki znającej każdy ruch na tym parkiecie. Choć parkiet nie należał do niej to ewidentnie skład podłogi miał tutaj najmniejsze znaczenie, tak jak to, z czego wykonano panele. Dać jej jeszcze parę minut i będzie lepiej wiedziała co gdzie jest od niego samego. Bo Laurent na przykład nie wiedział do tej pory, gdzie Migotek trzyma mąkę, dopóki nie znalazła się ona w jej dłoniach.
- Oczy mnie nie mylą, serce chyba też nie zwodzi, żeby pozwolić ci tak łatwo zaprzeczyć o tej anielskości. - Zażartował delikatnie, ale w tym filuternym już stylu. Nie wydawała się niczym skrępowana, więc gdzie były jej granice? Nie chciał ich w zasadzie sprawdzać, nie tych… złych. Natomiast nie chciał też jej sprawić żadnej przykrości. Miał w pełni czyste intencje. - Dobrałaś mi zadanie, któremu wydaje mi się, że podołam. - Ucieszył go sam fakt jej zaangażowania go w tę prozaiczną czynność, jaką było pieczenie. Laurent bardzo lubił podejmować się rzeczy nowych, doświadczać tych nowości, przekonywać się, co mu służy, w czym jest dobry, a wczym naprawdę fatalny. I nie oznaczało to, że zamierzał je wprowadzić w codzienne życie. Tak i nie planował zacząć gotować, ale też nigdy nie mów nigdy. Może akurat mu się to bardzo spodoba? Czasami tylko przyglądał się, jak z magią pichci Migotek.
Przełożył jabłka najpierw do zlewu, żeby je przemyć z kurzu i przygotował z jednej strony miskę na obierki, z drugiej michę na same jabłka, a koszyk odłożył na stół, żeby im tutaj nie przeszkadzał.
- Masz skłonności do pakowania się każdemu nieznajomemu mężczyźnie do domu na pieczenie jabłecznika? - Zaśmiał się cicho, bo chociaż w tym wypadku to było urocze, to jednak było też szalenie niebezpieczne. Szczególnie w tych czasach.