16.09.2023, 20:18 ✶
- Wybuchające mopsy? Teraz zastanawiam się, czy mówisz poważnie, czy mnie wkręcasz - powiedziała, bo historia brzmiała tak absurdalnie, że ciężko było uwierzyć, że nie została zmyślona. - Chociaż dziwię się, że nie zaserwowała trucizny jemu.
Brenna w takiej sytuacji wprawdzie raczej nikogo by nie truła, ale jeśli już kogoś - to dlaczego siebie? Żeby ułatwić życie niedoszłemu mężowi i kuzynowi?
- Wianki to nie moja bajka. Za to gdy miałam osiemnaście lat, weszłam na jeden z tych słupów, żeby udowodnić kuzynce, że potrafię - stwierdziła, podając mu kawę.
Nie urażała jej swego rodzaju kpina, bo o ile bywała przewrażliwiona na punkcie swojej rodziny, to już nie na własnym. Miał pod tym względem rację, niezbyt pasowało dla niej plecenie wianków. Zresztą sama mu przyznała, że wepchnęła ten wianek w jego ręce, żeby przepłoszyć chłopaka od swojej kuzynki. A cudze zainteresowanie raczej na nią nie padało, i ona go nie szukała. Wyjątkiem był Borgin, Brenna jednak wierzyła święcie, że wszystko było z jego strony swego rodzaju żartem.
- Oczywiście, że nie jest. Albus Dumbledore daleko go przerasta i nie musi wykradać mocy z limbo - oświadczyła i w jej tonie nie brakowało pewności. W oczach Brenny największym czarodziejem Wysp, a może nawet na świecie był dyrektor Hogwartu i za żadne skarby nie dałaby się przekonać, że jest inaczej. Pokonał Grindewalda. Pokona i jego następcę.
Kiedy podziękował... spojrzała na niego trochę dziwnie.
- Wyłapałeś ten moment, w którym przyznałam, że sądziłam, że skaczę pod pociąg i że ciągnę cię za sobą? - zapytała podejrzliwie. Ostatecznie wszyscy byli w podobnym niebezpieczeństwie, i tylko ci, którzy zostali na samych obrzeżach, nieświadomi, co działo się naprawdę, ostatecznie pomagali w ewakuacji zamiast walczyć. Ale spodziewała się czegoś innego. Może kolejnych pytań, może pretensji, a może dzikiej furii. A on jeszcze dziękował.
Nie, nie wzdrygnęła się i na dotknięcie. Gdyby nie cholerna więź z cholernego Beltane, nawet nie zwróciłaby ma nie uwagi, bo tego typu gesty były dla Brenny równie naturalne jak oddychanie. Zresztą przez materiał chłód był słabszy. Już nie zwracała na to zimno uwagi, i to pytanie zaskoczyło ją jeszcze bardziej. Jak w ogóle miała to wyjaśnić? Wiedziała, że są Zimni od pierwszego dnia po Beltane. Ale te osoby, które tam wbiegły... po prostu nie było mowy, żeby wzdrygnęła się na ich dotyk.
- Wyciągaliśmy was spod tego drzewa z Alkiem. Sprawdzaliśmy czy żyjecie. Wolę, żebyście byli lodowato zimni niż martwi - skwitowała, wzruszając lekko ramionami. - Poza tym Mav, Tori, Patrick? Są mi zbyt bliscy, żeby to robiło różnicę.
W jego przypadku też nie robiło. Może przez więź, a może, bo po prostu skoro u reszty to zaakceptowała, nic nie znaczyła ta zmiana i tu.
Brenna w takiej sytuacji wprawdzie raczej nikogo by nie truła, ale jeśli już kogoś - to dlaczego siebie? Żeby ułatwić życie niedoszłemu mężowi i kuzynowi?
- Wianki to nie moja bajka. Za to gdy miałam osiemnaście lat, weszłam na jeden z tych słupów, żeby udowodnić kuzynce, że potrafię - stwierdziła, podając mu kawę.
Nie urażała jej swego rodzaju kpina, bo o ile bywała przewrażliwiona na punkcie swojej rodziny, to już nie na własnym. Miał pod tym względem rację, niezbyt pasowało dla niej plecenie wianków. Zresztą sama mu przyznała, że wepchnęła ten wianek w jego ręce, żeby przepłoszyć chłopaka od swojej kuzynki. A cudze zainteresowanie raczej na nią nie padało, i ona go nie szukała. Wyjątkiem był Borgin, Brenna jednak wierzyła święcie, że wszystko było z jego strony swego rodzaju żartem.
- Oczywiście, że nie jest. Albus Dumbledore daleko go przerasta i nie musi wykradać mocy z limbo - oświadczyła i w jej tonie nie brakowało pewności. W oczach Brenny największym czarodziejem Wysp, a może nawet na świecie był dyrektor Hogwartu i za żadne skarby nie dałaby się przekonać, że jest inaczej. Pokonał Grindewalda. Pokona i jego następcę.
Kiedy podziękował... spojrzała na niego trochę dziwnie.
- Wyłapałeś ten moment, w którym przyznałam, że sądziłam, że skaczę pod pociąg i że ciągnę cię za sobą? - zapytała podejrzliwie. Ostatecznie wszyscy byli w podobnym niebezpieczeństwie, i tylko ci, którzy zostali na samych obrzeżach, nieświadomi, co działo się naprawdę, ostatecznie pomagali w ewakuacji zamiast walczyć. Ale spodziewała się czegoś innego. Może kolejnych pytań, może pretensji, a może dzikiej furii. A on jeszcze dziękował.
Nie, nie wzdrygnęła się i na dotknięcie. Gdyby nie cholerna więź z cholernego Beltane, nawet nie zwróciłaby ma nie uwagi, bo tego typu gesty były dla Brenny równie naturalne jak oddychanie. Zresztą przez materiał chłód był słabszy. Już nie zwracała na to zimno uwagi, i to pytanie zaskoczyło ją jeszcze bardziej. Jak w ogóle miała to wyjaśnić? Wiedziała, że są Zimni od pierwszego dnia po Beltane. Ale te osoby, które tam wbiegły... po prostu nie było mowy, żeby wzdrygnęła się na ich dotyk.
- Wyciągaliśmy was spod tego drzewa z Alkiem. Sprawdzaliśmy czy żyjecie. Wolę, żebyście byli lodowato zimni niż martwi - skwitowała, wzruszając lekko ramionami. - Poza tym Mav, Tori, Patrick? Są mi zbyt bliscy, żeby to robiło różnicę.
W jego przypadku też nie robiło. Może przez więź, a może, bo po prostu skoro u reszty to zaakceptowała, nic nie znaczyła ta zmiana i tu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.