Być wolnym od trosk - jakie słodkie byłoby to życie... Troski jednak posiadał każdy. Niektórzy bardziej przytłaczające, inni mniej. Jedni w danej chwili potrafili w pełni chłonąć szczęście i cieszyć się z najmniejszych radości, jakie tylko mieli, a jeszcze inni byli non stop obciążeni złem, które okrywało ich ramiona jak gruby płaszcz. To był naprawdę ciężki płaszcz. Z jakiegoś powodu nie chronił przed zimnem, a wręcz go potęgował, jakby chciał ściągnąć cały chłód z otoczenia do tego jednego punktu. Do twojego serca. I w końcu była też taka grupa ludzi, która nie była zdolna do pełnego odczuwania. Ludzie chorzy, a przez to niebezpieczni tak dla siebie jak i dla otoczenia. Elaine zdawała się odarta z trosk, ale one gdzieś były na pewno - po prostu nie wychodziły tu i teraz. Te z Laurenta również, bo i czemu by miały? Został pobłogosławiony naprawdę przyjemnym towarzystwem, więc zamierzał z niego czerpać a nie zwieszać głowę w dół. Nawet pomimo tego, że tak wiele rzeczy było ciągle do zrobienia.
- Niezmiernie mnie to cieszy. Obiecuję jednak, że moje dwie lewe ręce nie sprawią tutaj żadnych problemów. Jeśli tylko odpowiednio nimi pokierujesz. - Mną pokierujesz. Dłonie Laurenta mogły robić wiele rzeczy... obierać jabłuszka, na ten przykład. Całkowicie bez podtekstów... no dobrze, może z drobnym podtekstem. Owoców mieli dwa wory, więc zrobią z nich przetwory! Czy coś. Co prawda tutaj był koszyk z jabłkami, ale chyba z jabłek krojonych do ciasta też wychodzi przetwór..? Czy nie..? Czym się w ogóle różniła szarlotka od jabłecznika? Jak teraz zostanie to ciasto zrobione, to Laurent będzie wiedział, że "szarlotka to ta druga".
- Nie mogę się doczekać. Chyba że, też tak jak cebula, doprowadzasz do łez. Wtedy oczekiwanie będzie mniejsze, ale jeden skutek jest tutaj pewny - ciężko o tobie zapomnieć, piękna Elaine. - I nie chodziło tutaj tylko o urodę kobiety. Owszem, Laurent był na piękno wrażliwy, ale to, co naprawdę sprawiało, że wpadał w fascynację człowiekiem to jego wnętrze. To, czym promieniował, co dawał od siebie. Miał bardzo duże skłonności do przemalowywania ludzi, tworzeniem ich wielkich obrazów, kiedy byli po prostu ludźmi. Posiadającymi wyraziste cechy charakteru, jakich się nie bali i które nosili jak tarczę na ramieniu. Albo miecz. Cechy potrafiły być naprawdę różne. Z ich dwójki to paradoksalnie Laurent powinien się obawiać jej wizyty tutaj, nie mając żadnego pojęcia, że zaprosił małą złodziejkę do domu, z którego naprawdę było co kraść. Posmutniał trochę, kiedy zapytała o Migotka. - Poprzedni Pan Migotka był... był bardzo okrutnym człowiekiem. Nawalczyłem się z nim, żeby mi go oddał, początkowo nie chciałem mieć skrzata domowego. Poprosiłem nawet krawca, żeby uszył mu ubranie, ale Migotek się popłakał, powiedział, że nie chce tego ubrania i że dla niego to symbol, że jest niepotrzebny. - Zawsze było mu smutno, kiedy o tym myślał. Gdy sie zastanawiał nad tym, jak większość skrzatów była skrzywdzona. - Ale już mu lepiej, jak widać. Jest bardziej śmiały i nawet się uśmiecha. - I Laurent też się łagodnie uśmiechnął, nostalgicznie. Bo naprawdę chciał pomóc temu stworzeniu.
- Czujesz się wtedy doceniona. - Cieszenie się cudzym szczęściem było darem, ale kiedy człowiek zrobił coś dobrze, co innym się podobało, w tym wypadku smakowało, to odczucie było bezcenne. Miłe. Człowiek czuł się na swoim miejscu, czuł się potrzebny. - Bardzo się cieszę z tego wyróżnienia. Tylko nie wiem, czym sobie na to zasłużyłem?