Troski sprawiały, że człowiekowi robiło się smutno na sercu, a Elaine nie chciała być smutna. Chciała sprawiać radość, podziw, chciała, aby ludzie czuli się szczęśliwi patrząc na nią, aby czuli, że nic nie tracą, gdy przychodzą na jej występy. Chciała zadowolić każdego, chciała, aby każdy wychodził spod jej rąk syty w dobre jedzenie i doświadczenie. Sielanka – tego potrzebowała, a każdą traumę wyrzucała z siebie jak stare, za małe ubrania z kufra. Jeśli coś ją przytłaczało tańczyła, zwijała się w kłębek lub pakowała do małych pudełek, czasami gotowała jedzenia bez liku lub kradła książki kucharskie z biblioteki, aby móc pooglądać dania na zdjęciach i zrobić je samemu.
Chętnie pokierowałaby jego dłońmi, ale zapewne nie w takie myśli, które wkradały się niczym małe złodziejaszki do głowy tego mężczyzny. Elaine może i była już młodą dziewczyną, ale nie miała żadnego doświadczenia z dłońmi mężczyzny. Nawet nie kierowała żadnym podczas gotowania. Starała się być zakazanym owocem. Lubiła słuchać o ich fascynacjach pięknem, wyścigami, czy też innymi rzeczami, na których dziewczyna się nie znała. Mężczyźni byli fascynujący, ale też niebezpieczni.
Wysłuchała historii o Migotku i zrobiło jej się przykro z powodu tego skrzata. Nie sądziła, że ludzie potrafią być aż tak podli wobec istot, które chcą im służyć. Nie rozumiała też tego, dlaczego te skrzaty chciały to robić, bo sama nie chciałaby być zależna od osoby, która może zrobić z tobą co chce i nie mieć możliwości sprzeciwienia się. Jej umysł tego nie pojmował, albo miała po prostu inny sposób życia, aby móc to rozumieć. Zdecydowanie należał się Migotkowi największy kawałek jabłecznika.
– Okropne, dobrze, że jesteś dla niego dobry – odpowiedziała krótko, ponieważ jak na Elaine przystało nie chciała miesząc się w takie historie, gdy miała gotować radość na blaszce z piekarnika. Wolała skupić się na czymś przyjemniejszym, a mianowicie na poznaniu Laurenta.
– Postaram się pokierować nimi dobrze – spojrzała na niego z delikatnym, subtelnym uśmiechem, a jej policzki delikatnie się zaczerwieniły, gdy nazwał ją piękną. Nie była na tyle głupia, aby nie wkradać w swoje wypowiedzi dwuznaczności, a Laurent wydawał się być tajemniczo intrygującą osobą. – Zostawię to pod zasłoną tajemnicy, abyś chciał mnie lepiej poznać – odsunęła się od niego i wysypała na blat trochę mąki próbując policzki schować za swoimi rudymi włosami. – Tyle jabłek wystarczy, możesz zrobić nam coś do picia – na mąkę nasypała odpowiednią ilość składników, na koniec dodała masła i jajka ugniatając sprawnie ciasto. Zaczęła przy tym sobie nucić, aby na chwilę zająć myśli i skupić się na odpowiednim nacisku. Gdy ciasto było gotowe rozdzieliła je na dwie części – jedną schowała do lodówki. W międzyczasie nastawiła piekarnik i zabrała się za ścieranie jabłek.
– Mam tych jabłek zbyt dużo – mruknęła w zamyśleniu – jadłeś kiedyś dżem jabłkowy? – zapytała patrząc mu prosto w oczy. Na pytanie o to czym sobie zasłużył na to wyróżnienie tylko tajemniczo się uśmiechnęła. Sama nie wiedziała czemu chciała wpakować mu się do domu. Może to przez to znajome nazwisko?