16.09.2023, 22:46 ✶
Ilekroć widział Antka, jak ten uganiał się za Brenną, robiło mu się trochę żal. W szkole był to z kolei temat do żartów, bo o ile startowanie do starszej koleżanki wymagało odwagi, tak regularne dostawanie od niej kosza było już czymś zupełnie innym. Czymś co czasem było wykorzystywane zbyt bezwzględnie. Kiedy uświadomił sobie, że rytuał Beltane działa w tym roku na nieco innych zasadach, początkowo nie wiedział co ze sobą zrobić, miotając się okropnie, ale potem zaczął myśleć o Borginie, za wszelką cenę chcąc tę relację zachować z dala od jego oczu. Może to była tylko magia, ale nie wątpił, że mogło to w pewien sposób Anthony'ego wytrącić z równowagi. Nie, nie w ten agresywny, obijający twarze sposób, a bardziej subtelny. Ostatnie czego chciał, to żeby przyjaciel czuł, że ktoś wbił mu nóż w plecy. Szkoda tylko, że Bulstrode nigdy nie był mistrzem korespondencji i jego listy tylko wszystko pokomplikowały.
- Nie wiem. Znaczy, nie miałem z nim styczności od czasów szkolnych, a wtedy był dla mnie, cóż, dyrektorem - i nikim więcej. W swoich rozważaniach na tenat Voldemorta nie doszedł jeszcze do etapu, kiedy myślałby o tym, kto jest od niego silniejszy. Zwyczajnie irytowało go, jakie robił wokół siebie zamieszanie i bałagan, tak jakby nie było innych sposobów na uzyskanie dominacji nad magicznym światem. Jak go aż tak bardzo świeżbiło wprowadzanie zmian, to mógł zająć się polityką, to by było dopiero straszne. Najwyraźniej jednak Czarny Pan był dość słaby w mentalne gierki i subtelne zagarnianie coraz większej ilości władzy, aż nikt nie mógłby mu się już sprzeciwić.
- Widzisz, Brenna, do tej pory wyraźnie zaniedbywaliśmy naszą znajomość, więc ci wybaczę, ale dla twojej informacji, to skakanie pod pociąg to najlepsze co mi się mogło przydarzyć na tym Beltane - uśmiechnął się do niej wesoło i może trochę jakby któraś klepka mu się właśnie odkleiła w głowie. Razem z tobą zawisło gdzieś w powietrzu, niewypowiedziane. Gdyby przyszło mu zawiadywać uciekającymi z polany ludźmi, to chyba sam na siebie by rzucił avadę, żeby się już nie męczyć. Był tym typem człowieka, który z uporem maniaka i pełnym entuzjazmem pchał się dokładnie tam, gdzie nie powinien. I nawet jeśli potem wychodził z tego poturbowany w mniejszy lub większy sposób i narzekał na swoją niedolę okrutnie, to doskonale wiedział, że gdyby miał wybór to postąpiłby dokładnie tak samo.
- Rozumiem. A przynajmniej próbuję. Początkowo myślałem, że mi to nie przeszkadza, ale z czasem to się zmieniło. Sposób, kiedy niektórzy się wzdrygają, albo nie mogą się powstrzymać od komentarzy... wizyta w Limbo to jedno, ale kiedy ludzie uświadamiają sobie, że dotykają żywego człowieka, który mimo wszystko jest temperatury, którą osiągają zwłoki, a nawet mniejszej, coś się zmienia. - na moment patrzył na nią, ale potem odwrócił się, przekręcając i wskakując na murek obok niej, spojrzenie utkwiwszy we wrzosowiskach. - Potrafię bardzo dobrze zauważyć, kiedy ktoś czuje się z tym źle. Kiedy z całych sił wstrzymuje naturalny odruch. Ale ty? Nie mrugnęłaś nawet okiem, nie musiałaś się nawet starać, bo nie było czego ukrywać. To po prostu dziwne.
Zazdrościł trochę. Że Mavelle, Patrick i Victoria mieli obok siebie kogoś takiego. Miał wrażenie, że nawet Florence się wzdrygnęła i pomyślał wtedy, że może uderzyło ją to nawet bardziej niż innych. W końcu była uzdrowicielem i nie raz musiala mieć styczność z martwym ciałem, nawet jeśli nie była koronerem.
- Wiesz, nie powiedziałem ci, że Bones mówiła o wejści w ogniska. Dlatego wiedziałem, bo mówiła o tym falami. Ale zostawiłaś mnie wtedy i byłem tak wściekły o to - może i wciąż był, bo na wspomnienie nieco spochmurniał, kiedy tak jego spojrzenie wodziło za biegającym nieopodal Łatkiem. - Mieliśmy być partnerami na tym święcie, a ty pobiegłaś dalej. Ale teraz, cieszę się że tego nie zrobiłem, bo nikomu nie życzę czuć tego chłodu, który jest gdzieś w środku. Wiecznie niezaspokojony.
- Nie wiem. Znaczy, nie miałem z nim styczności od czasów szkolnych, a wtedy był dla mnie, cóż, dyrektorem - i nikim więcej. W swoich rozważaniach na tenat Voldemorta nie doszedł jeszcze do etapu, kiedy myślałby o tym, kto jest od niego silniejszy. Zwyczajnie irytowało go, jakie robił wokół siebie zamieszanie i bałagan, tak jakby nie było innych sposobów na uzyskanie dominacji nad magicznym światem. Jak go aż tak bardzo świeżbiło wprowadzanie zmian, to mógł zająć się polityką, to by było dopiero straszne. Najwyraźniej jednak Czarny Pan był dość słaby w mentalne gierki i subtelne zagarnianie coraz większej ilości władzy, aż nikt nie mógłby mu się już sprzeciwić.
- Widzisz, Brenna, do tej pory wyraźnie zaniedbywaliśmy naszą znajomość, więc ci wybaczę, ale dla twojej informacji, to skakanie pod pociąg to najlepsze co mi się mogło przydarzyć na tym Beltane - uśmiechnął się do niej wesoło i może trochę jakby któraś klepka mu się właśnie odkleiła w głowie. Razem z tobą zawisło gdzieś w powietrzu, niewypowiedziane. Gdyby przyszło mu zawiadywać uciekającymi z polany ludźmi, to chyba sam na siebie by rzucił avadę, żeby się już nie męczyć. Był tym typem człowieka, który z uporem maniaka i pełnym entuzjazmem pchał się dokładnie tam, gdzie nie powinien. I nawet jeśli potem wychodził z tego poturbowany w mniejszy lub większy sposób i narzekał na swoją niedolę okrutnie, to doskonale wiedział, że gdyby miał wybór to postąpiłby dokładnie tak samo.
- Rozumiem. A przynajmniej próbuję. Początkowo myślałem, że mi to nie przeszkadza, ale z czasem to się zmieniło. Sposób, kiedy niektórzy się wzdrygają, albo nie mogą się powstrzymać od komentarzy... wizyta w Limbo to jedno, ale kiedy ludzie uświadamiają sobie, że dotykają żywego człowieka, który mimo wszystko jest temperatury, którą osiągają zwłoki, a nawet mniejszej, coś się zmienia. - na moment patrzył na nią, ale potem odwrócił się, przekręcając i wskakując na murek obok niej, spojrzenie utkwiwszy we wrzosowiskach. - Potrafię bardzo dobrze zauważyć, kiedy ktoś czuje się z tym źle. Kiedy z całych sił wstrzymuje naturalny odruch. Ale ty? Nie mrugnęłaś nawet okiem, nie musiałaś się nawet starać, bo nie było czego ukrywać. To po prostu dziwne.
Zazdrościł trochę. Że Mavelle, Patrick i Victoria mieli obok siebie kogoś takiego. Miał wrażenie, że nawet Florence się wzdrygnęła i pomyślał wtedy, że może uderzyło ją to nawet bardziej niż innych. W końcu była uzdrowicielem i nie raz musiala mieć styczność z martwym ciałem, nawet jeśli nie była koronerem.
- Wiesz, nie powiedziałem ci, że Bones mówiła o wejści w ogniska. Dlatego wiedziałem, bo mówiła o tym falami. Ale zostawiłaś mnie wtedy i byłem tak wściekły o to - może i wciąż był, bo na wspomnienie nieco spochmurniał, kiedy tak jego spojrzenie wodziło za biegającym nieopodal Łatkiem. - Mieliśmy być partnerami na tym święcie, a ty pobiegłaś dalej. Ale teraz, cieszę się że tego nie zrobiłem, bo nikomu nie życzę czuć tego chłodu, który jest gdzieś w środku. Wiecznie niezaspokojony.