Jego ojciec obraziłby się śmiertelnie, gdyby powiedział, że muzyka w ogóle nie była domeną rodu Prewett i to nie dlatego, że tylu muzyków z ich nazwiskiem wyszło. Laurent nie potrafiłby wymienić nawet jednego. Natomiast był pasjonatem piękna w całej okazałości. Tutaj chyba można rzecz - jaki ojciec, taki syn. Fakt. Szczególnie w ich rozwiązłości można było rzec, że tatuś uczył synka, jak żyć. Tym nie mniej - muzyka nie była domeną Prewettów. Trudno, niech się staruszek obraża, a w końcu - czego oczy nie widzą... tego głowa nie siwieje. Czy coś w ten deseń. Na pewno nie znał się na niej sam Laurent, który dał się namówić na to, żeby usiąść przy fortepianie. W dodatku dopowiem, że namawiać się długo nie dał. Dosiadł się niemal od razu. Kiedyś siedział przy takowym, a nawet nie raz. Raz nawet siedział na klawis... och, może lepiej o tym nie wspominać. Muzyka z tego piękna nie wyszła w każdym razie. Jego dom bardziej pełny niż nut był obrazów. To nie było też obce Kaydenowi, jego matka była w końcu niesamowitą malarką i Laurent baaardzo się cieszył, że jej obraz miał okazję powstać w jego rezerwacie. To, że tych obrazów było dużo, też nie znaczyło, że Laurent potrafił rysować. Malować. W ogóle... nie miał ręki do sztuk pięknych. Chociaż może powinien sił w pisarstwie spróbować? Hm... Skoro tyle osób mu ciągle powtarzało albo pytało go, czy jest poetą...
- Lubisz błysk reflektorów na sobie? - Podłapał i podpytał o to. Nie było to dla niego wcale oczywiste, skoro mówił, że woli pracować sam, w spokoju, dziubać sobie, a nie... a nie co? Miał okazję ostatnio pooglądać pracę archeologów i wyglądało to bardzo spokojnie. Poza incydentem, przy którym zresztą był i któremu zaradził. Za dużą ilość galeonów. - Posądzałbym cię ledwo o bycie gwiazdą jednej nocy. Taką, która zachwyci, a potem odleci w ciemny granat do sobie tylko znanego miejsca, pozostawiając ludziom sny i marzenia. - Bo spadające gwiazdy właśnie takie były. Sprawiały, że serca wypełniała fascynacja ich pięknem, kiedy lśniły tak mocno, tak jasno - i biegły, ale dokąd? Nie wyglądały na uciekające. Ledwo na podróżujące. Laurent przesunął palcami po klawiszach po swojej stronie, ale żadnego z nich nie nacisnął. Dopiero kiedy skończył mówić sprawdził dźwięk jednego z nich. - Silną wolę do nie picia? - Spojrzał na Kaydena z rozbawionym uśmiechem, wyrwany z tej pięknej wizji, jaka wymalowała mu się przed oczyma. - Być może przesadzam. Jestem przewrażliwiony na punkcie zapachów. Alkohole potrafią pachnieć pięknie. Pijani ludzie już zwyczajnie śmierdzą... tak jak miejsca, w których zasypiają, bo nie dotarli do swoich łóżek. - Ale tutaj jakiś umiar panował, a że było i tak czysto - to go nie dziwiło. Skrzaty i służba robiły swoje. Ten smród wywietrzałego alkoholu w oddechach, na ciuchach, potrafił sprawić, że było mu po prostu niedobrze. - Nie, nie potrafię. - Przestał rozglądać się po pokoju i znowu spojrzał na Kaydena. - Za to potrafię całkiem nieźle śpiewać. - Wyszedł naprzeciwko jego myślom. - Zaśpiewać ci? - Śpiew selkie był niezapomnianym przeżyciem. Bo tak, zgadza się - opowieści tutaj nie kłamały. Powabne syreny mylące zmysły i wodzące marynarzy na pokuszenie. Ta opowiastka akurat miała w sobie nie tylko ziarno prawdy, ale nawet i bardzo mocne podłoże.
- Mam eliksiry nasenne. Zasypianie nie jest problemem. - Uspokoił mężczyznę, tak jakby to Kayden takiego uspokojenia potrzebował, a nie on. Kłamstwem za to byłoby powiedzenie, że samo zażycie eliksiru nie wiązało się nawet ze stresem. No bo: co jeśli..? Prawdę mówiąc był jednak taki zmęczony, w ten pozytywny sposób, że mógłby chyba go wypić... bez bardzo drżącej ręki. - Postanowiłem jednak wyjść z moją wędką, haczykiem i przynętą w nadziei na to, że znajdę odważnego marynarza do pomocy... - Tak, to był fakt, nie chciał się na tym skupiać. Miał bardzo dobre rozproszenie obok siebie, żeby o tym nie myśleć. Zmieniać to w bardziej lekką wersję rzeczywistości. Żart. Skinął głową w odpowiedzi na pytanie o kołysankę. I chociaż nie była to idealna wersja piosenki to wdarła się do jego serca i wywołała dreszcze. Zapatrzył się na człowieka siedzącego przed nim opętany czymś... czymś... innym. Nie wiedział, co to za uczucie, ale rwało go jakąś tęsknotą, jakimś dziwnym wrażeniem, że wszystko teraz było na miejscu, dopiero teraz, chociaż jego świat był przecież w pieprzonej rozsypce. I ta beznadziejna piosenka na fortepianie brzmiała tak, jakby nikt nigdy nie wybrzdąkał dla niego paru nut na instrumencie. Ale już grali. Tacy, którzy naprawdę potrafili grać. Nie, nie wiedział, co to jest, ale było poruszające. Do tego stopnia, że przez moment Laurent miał wrażenie, że jego oczy zajdą łzami w tym głębokim doznaniu piękna chwili. Ta cisza chyba mogła być całkiem niezręczną dla Kaydena, kiedy Laurent się na niego zapatrzył jak na obrazek, oczarowany czy zaczarowany paroma nutami. W zasadzie... tak, Lukrecja mógłby teraz grzecznie przyłożyć głowę do podusi i zasnąć.