17.09.2023, 01:04 ✶
Przyglądał jej się uważnie, kiedy mówiła o dyrektorze. Widać było, że bardzo go podziwiała, ale też że najwyraźniej miała z nim o wiele więcej styczności niż tylko na szkolnych korytarzach. Bo w szkole, Dumbledore co najwyżej klaskał w ręce i zmieniał wystrój Wielkiej Sali. Wątpił jednak, że zachwycałaby się czymś takim, ale kto wie, może bawiły ją iluzoryczne sztuczki.
- Jeśli jest taki wspaniały, to szkoda, że nie chce powstrzymać Voldemorta szybciej jak później - rzucił sucho, zwyczajnie łapiąc ją za słowo. Może użyła go świadomie, a może nie, ale dla niego wybitnie niefortunnie. Na co im najwspanialszy i najpotężniejszy czarodziej w historii całej magii, skoro decydował, że nie chce podjąć zdecydowanych działań wobec zagrożeniu pokroju Czarnego Pana? Ludzie umierali na wiele okropnych sposobów, cierpieli, a Ministerstwo miało tylko coraz więcej problemów i pracy. Bulstrode był zdania, że niebezpieczeństwo najlepiej było wyplenić kiedy się rozwijało, a nie czekać aż osiągnie pełnię własnych możliwości. Gdyby tylko mógł, pozbyłby się problemu sam, tu i teraz. Albo raczej tam, jeszcze w Limbo. Niestety, nie mógł. Był zwykłym czarodziejem, a nie niemal mityczną osobą.
- Jeśli ja jestem szalony, to tobie też bardzo blisko do tego - uśmiechnął się do niej zaczepnie, na moment pochylając w jej stronę. - Biorąc pod uwagę jak często próbujesz się zabić powiedziałbym nawet, że to ty jesteś bardziej szalona.
Mogła uważać go za niespełna rozumu, ale kiedy tak patrzył na nich oboje, nie mógł się pozbyć wrażenia, że faktycznie to ona przodowała jak na razie w głupim narażaniu swojego życia. To nie jego akcje skręcały jej żołądek przynajmniej raz w tygodniu po godzinach pracy.
- Parę dni temu ktoś próbował mi z tym pomóc. Pomysł był nawet bardzo dobry, miał potencjał, ale niestety niewiele to dało. Tylko odrobinę więcej energii. Z tego co rozumiem, to nie chodzi tylko o to, że ta energia została nam zabrana, ale że coś zostało w nas wepchnięte na jej miejsce. Myślę, ale to tylko spekulacje, że trzeba znaleźć sposób na ponowne jej zamienienie. Pytanie tylko czy nadałoby się do tego... cokolwiek czy bez odzyskania naszej własnej energii, to nie ma najmniejszego sensu - wciąż był wdzięczny, że Laurent w ogóle spróbował, ale jednocześnie zaczął się przez to bardziej zastanawiać nad tym, jak faktycznie osiągnąć ten cel. Nekromancja była ryzykowna i Bulstrode podejrzewał, że gdyby się udała, to skończyłoby się to tak, że zimno zwyczajnie zmieniłoby właściciela, a nie taki był cel.
- Nie mów tak - odpowiedział tonem nieco ostrzejszym, niż rzeczywiście chciał czy w ogóle powinien. - Wiele rzeczy poszły nie tak, ale były poza naszym zasięgiem - położył akcent na słowo, które znaczyło że nie była przecież wtedy sama, ale nie miał na myśli tylko siebie, a wszystkich którzy walczyli. - Mogłem umrzeć. Victoria, Mavelle i Patrick mogli sie mylić, wchodząc w te ogniska i zwyczajnie już nigdy się nie obudzić. Twój brat i twoja partnerka również mogli już więcej nie zobaczyć światła dziennego. Rozumiesz co mówię? To była tragedia, ale nie tylko. Oni żyją. Nawet udało nam się złapać tego śmierciożercę żywego, a przez to może coś z niego wyciągną. Cholera, ty też mogłaś zginąć - spojrzał na nią z jakimś dziwnym wyrzutem. - Wyobrażasz sobie co by to było? Skoro niedopełnienie rytuału działa w taki sposób, to co ze mną zrobiłaby twoja śmierć? - uniósł lekko brwi, niby śmiertelnie poważny, ale zaraz prychnął rozbawiony pod nosem. Znowu się ku niej nachylił, tym razem jednak całym ciałem, by szturchnąć ją barkiem w bark. Obwinianie się nie miało sensu, chociaż znał uczucie, które towarzyszyło porażce. Dla niego jednak była to zwykle złość. Wyraźna i niezwykle żywa, w palący sposób pełzająca pod skórą i przelewającą się we wściekłość. Szukająca ujścia gdziekolwiek. Z czasem nauczył sie nad nią jako tako panować, ale kiedy był młodszy to ona była powodem, który często posyłał go na dywanik nauczycieli za złamanie komuś nosa.
- Jeśli jest taki wspaniały, to szkoda, że nie chce powstrzymać Voldemorta szybciej jak później - rzucił sucho, zwyczajnie łapiąc ją za słowo. Może użyła go świadomie, a może nie, ale dla niego wybitnie niefortunnie. Na co im najwspanialszy i najpotężniejszy czarodziej w historii całej magii, skoro decydował, że nie chce podjąć zdecydowanych działań wobec zagrożeniu pokroju Czarnego Pana? Ludzie umierali na wiele okropnych sposobów, cierpieli, a Ministerstwo miało tylko coraz więcej problemów i pracy. Bulstrode był zdania, że niebezpieczeństwo najlepiej było wyplenić kiedy się rozwijało, a nie czekać aż osiągnie pełnię własnych możliwości. Gdyby tylko mógł, pozbyłby się problemu sam, tu i teraz. Albo raczej tam, jeszcze w Limbo. Niestety, nie mógł. Był zwykłym czarodziejem, a nie niemal mityczną osobą.
- Jeśli ja jestem szalony, to tobie też bardzo blisko do tego - uśmiechnął się do niej zaczepnie, na moment pochylając w jej stronę. - Biorąc pod uwagę jak często próbujesz się zabić powiedziałbym nawet, że to ty jesteś bardziej szalona.
Mogła uważać go za niespełna rozumu, ale kiedy tak patrzył na nich oboje, nie mógł się pozbyć wrażenia, że faktycznie to ona przodowała jak na razie w głupim narażaniu swojego życia. To nie jego akcje skręcały jej żołądek przynajmniej raz w tygodniu po godzinach pracy.
- Parę dni temu ktoś próbował mi z tym pomóc. Pomysł był nawet bardzo dobry, miał potencjał, ale niestety niewiele to dało. Tylko odrobinę więcej energii. Z tego co rozumiem, to nie chodzi tylko o to, że ta energia została nam zabrana, ale że coś zostało w nas wepchnięte na jej miejsce. Myślę, ale to tylko spekulacje, że trzeba znaleźć sposób na ponowne jej zamienienie. Pytanie tylko czy nadałoby się do tego... cokolwiek czy bez odzyskania naszej własnej energii, to nie ma najmniejszego sensu - wciąż był wdzięczny, że Laurent w ogóle spróbował, ale jednocześnie zaczął się przez to bardziej zastanawiać nad tym, jak faktycznie osiągnąć ten cel. Nekromancja była ryzykowna i Bulstrode podejrzewał, że gdyby się udała, to skończyłoby się to tak, że zimno zwyczajnie zmieniłoby właściciela, a nie taki był cel.
- Nie mów tak - odpowiedział tonem nieco ostrzejszym, niż rzeczywiście chciał czy w ogóle powinien. - Wiele rzeczy poszły nie tak, ale były poza naszym zasięgiem - położył akcent na słowo, które znaczyło że nie była przecież wtedy sama, ale nie miał na myśli tylko siebie, a wszystkich którzy walczyli. - Mogłem umrzeć. Victoria, Mavelle i Patrick mogli sie mylić, wchodząc w te ogniska i zwyczajnie już nigdy się nie obudzić. Twój brat i twoja partnerka również mogli już więcej nie zobaczyć światła dziennego. Rozumiesz co mówię? To była tragedia, ale nie tylko. Oni żyją. Nawet udało nam się złapać tego śmierciożercę żywego, a przez to może coś z niego wyciągną. Cholera, ty też mogłaś zginąć - spojrzał na nią z jakimś dziwnym wyrzutem. - Wyobrażasz sobie co by to było? Skoro niedopełnienie rytuału działa w taki sposób, to co ze mną zrobiłaby twoja śmierć? - uniósł lekko brwi, niby śmiertelnie poważny, ale zaraz prychnął rozbawiony pod nosem. Znowu się ku niej nachylił, tym razem jednak całym ciałem, by szturchnąć ją barkiem w bark. Obwinianie się nie miało sensu, chociaż znał uczucie, które towarzyszyło porażce. Dla niego jednak była to zwykle złość. Wyraźna i niezwykle żywa, w palący sposób pełzająca pod skórą i przelewającą się we wściekłość. Szukająca ujścia gdziekolwiek. Z czasem nauczył sie nad nią jako tako panować, ale kiedy był młodszy to ona była powodem, który często posyłał go na dywanik nauczycieli za złamanie komuś nosa.