17.09.2023, 08:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.09.2023, 08:23 przez Brenna Longbottom.)
Łamanie tajemnic służbowych w imię Zakonu nie było czymś, nad czym Brenna wahała się choć chwilę. Robiła to nieustannie, wynosząc informacje albo popychając niektóre sprawy ku konkretnym osobom. Nie bez powodu ilekroć natknęła się na jakieś ślady śmierciożerców, lekko naruszała procedury, biegnąc z tym do Patricka. Nie mogła zajmować się sprawą sama, ale mogła oficjalnie mu pomóc i przy okazji dbała, aby niczego nie dostał ktoś, kto mógł wspierać drugą stronę...
- Ogólnie potrzebujemy więcej ludzi - mruknęła, odchylając się na krześle, nagle bardzo, bardzo zmęczona. - Mamy za mało osób przede wszystkim poza Biurem Aurorów i Brygadą.
Tak, wynikało to z dwóch czynników. Po pierwsze, w tych dwóch miejscach znali sporo osób, którym mogli zaufać. Po drugie, potrzebowali bojówek. Ale ich siatka rwała się, a Brenna miała wrażenie, że śmierciożercy są w tym znacznie skuteczniejsi.
Cóż, wciągnięcie może nie do Zakonu, ale do sieci kogoś od mechanizmów, jeżeli nie od razu z Ministerstwa, byłoby jakimś początkiem.
- Dalej mówimy o balu, nie o zabawie dla naszych przyjaciół? - upewniła się, z pewnym rozbawieniem, spychając chwilowo na bok temat werbunku i zagrożenia. Mogło się zdawać absurdalne, jak podryfowała ta rozmowa... tyle że i to zagrożenie, i te bale, były częścią życia ich obojga. - Pamiętasz, że większość z nich żyje trochę inaczej niż my? Znaczy się czystokrwistych. I owszem, ale Halloween i Samhain? Nie optuję za balem maskowym, bo jeszcze wlezie tu ktoś, kto nie powinien... Ale można go na przykład urządzić w jakimś wynajętym domu, udekorować go odpowiednio i zaprosić duchy. I wszędzie wystawić latające dynie. O, mogłyby iść na sprzedaż i w każdej byłby ten los... a skoro się nie wywiązałeś, zaproś wreszcie Elliotta na kolację - oświadczyła, spoglądając na niego z pewnym potępieniem. - Masz tydzień. Inaczej ja do niego napiszę, poproszę o wskazanie terminu i po prostu mu cię przyprowadzę - zagroziła. Całkiem poważnie. No cóż, może to był jeden z elementów jej sposobu bycia, przez który Erik uznał, że trafił dziś na dywanik...
- Miałam na myśli raczej to, że Eden nie wydaje się wielbicielką takich rozrywek, ale duch rywalizacji mógłby w niej wygrać. Poza tym o co ci chodzi? To nie tak, że mam coś przeciwko niej. Bardzo lubię jej minę w tych momentach, gdy ja gadam, a ona zastanawia się, ile lat w Azkabanie dostanie, jeśli mnie zamorduje i dlaczego nie reaguję na jej złośliwości- stwierdziła, uśmiechając się do brata że szczerym rozbawieniem. Brenna nie miała problemu z Eden. To Eden miała problem z Brenna i to tylko wtedy, gdy się widziały, bo Bren była pewna, że w innych okolicznościach nie pamiętała o jej istnieniu. - A jakbyś wolał?
- Ogólnie potrzebujemy więcej ludzi - mruknęła, odchylając się na krześle, nagle bardzo, bardzo zmęczona. - Mamy za mało osób przede wszystkim poza Biurem Aurorów i Brygadą.
Tak, wynikało to z dwóch czynników. Po pierwsze, w tych dwóch miejscach znali sporo osób, którym mogli zaufać. Po drugie, potrzebowali bojówek. Ale ich siatka rwała się, a Brenna miała wrażenie, że śmierciożercy są w tym znacznie skuteczniejsi.
Cóż, wciągnięcie może nie do Zakonu, ale do sieci kogoś od mechanizmów, jeżeli nie od razu z Ministerstwa, byłoby jakimś początkiem.
- Dalej mówimy o balu, nie o zabawie dla naszych przyjaciół? - upewniła się, z pewnym rozbawieniem, spychając chwilowo na bok temat werbunku i zagrożenia. Mogło się zdawać absurdalne, jak podryfowała ta rozmowa... tyle że i to zagrożenie, i te bale, były częścią życia ich obojga. - Pamiętasz, że większość z nich żyje trochę inaczej niż my? Znaczy się czystokrwistych. I owszem, ale Halloween i Samhain? Nie optuję za balem maskowym, bo jeszcze wlezie tu ktoś, kto nie powinien... Ale można go na przykład urządzić w jakimś wynajętym domu, udekorować go odpowiednio i zaprosić duchy. I wszędzie wystawić latające dynie. O, mogłyby iść na sprzedaż i w każdej byłby ten los... a skoro się nie wywiązałeś, zaproś wreszcie Elliotta na kolację - oświadczyła, spoglądając na niego z pewnym potępieniem. - Masz tydzień. Inaczej ja do niego napiszę, poproszę o wskazanie terminu i po prostu mu cię przyprowadzę - zagroziła. Całkiem poważnie. No cóż, może to był jeden z elementów jej sposobu bycia, przez który Erik uznał, że trafił dziś na dywanik...
- Miałam na myśli raczej to, że Eden nie wydaje się wielbicielką takich rozrywek, ale duch rywalizacji mógłby w niej wygrać. Poza tym o co ci chodzi? To nie tak, że mam coś przeciwko niej. Bardzo lubię jej minę w tych momentach, gdy ja gadam, a ona zastanawia się, ile lat w Azkabanie dostanie, jeśli mnie zamorduje i dlaczego nie reaguję na jej złośliwości- stwierdziła, uśmiechając się do brata że szczerym rozbawieniem. Brenna nie miała problemu z Eden. To Eden miała problem z Brenna i to tylko wtedy, gdy się widziały, bo Bren była pewna, że w innych okolicznościach nie pamiętała o jej istnieniu. - A jakbyś wolał?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.