Gerry miała do siebie to, że wolała, jak coś powiedziane jest wprost. Nie była dobra w półsłówkach, domysłach. Wychowana była w sposób raczej surowy i konkretny. Nie potrafiła grać w gierki, wcale tego nie ukrywała. Często to, co mówiła było aż nadto oczywiste, jednak tak już miała. Nie należała do tych bogaczy, którzy byli złotouści. Brakowało jej zdecydowanie delikatności i ogłady, ale nie ubolewała nad tym. Jej matka miała z tym większy problem, ale Geraldine wdała się w rodzinę ojca ku niezadowoleniu Jennifer. Była najbardziej podobna do Gerarda z całego swojego rodzeństwa, a miała jeszcze trzech braci, więc zdecydowanie mogło lepiej trafić. Mężczyźnie w końcu nie przeszkadza takie usposobienie, kobiecie trochę bardziej - przecież miały być delikatne, elokwentne, ona nie była. Nie zamierzała nawet walczyć z genami, wiedziała, że nie będzie w stanie zbyt wiele zdziałać. Musiałaby się pilnować na każdym kroku, a nie miała na to ani siły, ani czasu. Musiało więc zostać, jak jest.
- Nie da się ukryć, chyba nawet on myśli podobnie. - Dodała jeszcze widząc, jak smoczoognik pięknie zaryczał, aby potwierdzić słowa Esme. Ryk to trochę dużo powiedziane, ale wydał z siebie coś, co mogło być za to wzięte.
Yaxley trochę odbiegała od innych bogaczy. Została wychowana spędzając większość czasu w lesie. Ogromną część spędzała na tym, aby dowiedzieć się wszystkiego o magicznych stworzeniach. Musiała wiedzieć, do czego mogą być wykorzystywane części ich ciał. Posiadała więc wiedzę na temat komponentów, bardzo szczegółową. Sama korzystała z tych materiałów, bo mogły ułatwić jej pracę, która wbrew pozorom była dosyć skomplikowana. Zabijanie wcale nie należało to takich prostych czynności. Dla większości osób było to amoralne i obrzydliwe, ona nauczyła się czerpać z tego satysfakcję. Zresztą nie widziała siebie w innym miejscu, bo co mogłaby robić? Siedzieć w ministerstwie. Nie ten typ. Próbowała, nawet skończyła staż, co tylko ją utwierdziło w tym, że nie jest w stanie żyć w ten sposób. Musiała być w ciągłym ruchu, podróżować, potrzebowała adrenaliny.
Zamarła, właściwie to nie zamarła, a przystanęła na moment. Mógł zauważyć jej niepewność. Nie sądziła, że jej własne słowa zostaną wykorzystane przeciwko niej. Zaczerwieniła się przy tym tak, że jej policzki przybrały barwę buraka, takiego pięknego, dojrzałego - czerwonego. Yaxley nie była specjalnie zaznajomiona z komplementami, nawet jeśli miał to być żart, to uderzył w nią bardzo trafnie i nieco wybił z rytmu. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć, a Geraldine rzadko kiedy brakowało słów.
Na szczęście mieli kontynuować tematy biznesowe, to spowodowało, że rumieńce zaczęły znikać i policzki wracały do normy, do swojej naturalnej bieli. Miała wrażenie, że sporo ich łączy. Wybrali zawody, na które ludzie patrzyli z pogardą, mimo, że sami chętnie korzystali z ich usług. Cóż za hipokryzja. Gerry jak Esme też często w swojej pracy ignorowała umiejętności magiczne, była zdania, że siła fizyczna jest równie efektowna. - Muszę mieć czujne oko, inaczej mogłabym stracić życie. - Dodała z uśmiechem. Zwracała uwagę na szczegóły, gdzie by się tylko nie pojawiła. Jej zmysły zawsze były gotowe do działania. Nauczona tego, żeby szukać szczegółów, nigdy nie traciła czujności, nawet w sytuacjach, jak ta. - Zwierzęta to nie tylko skóra. - Ona bardzo dobrze o tym wiedziała, to była też krew, kości, pazury, kły i wiele innych części. Wykorzystywanych w eliksirach, ale nie tylko. Zależało jej na tym, aby jak najwięcej części trafiło w obieg, skoro już zabijała, niech te zwierzęta nie giną na marne. Może i wystarczyłaby jej sama satysfakcja z tego, że pokonała trudnego przeciwnika, ale chciała czegoś więcej. Świadomości, że ktoś inny to wykorzysta w najlepszy sposób z możliwych. Niewiele było osób, które było w stanie wykorzystać je w pełni. Bardzo ceniła sobie profesjonalistów, a to, co widziała w tym pomieszczeniu mówiło jej, że właśnie na jednego trafiła.
Bezpośredniość była dla niej normą. Nigdy się specjalnie nie szczypała. Zawsze mówiła to, co ślina jej na język przyniesie, czy było to dobre? Nie zawsze. Zdarzyło się jej przez to wdać w bójkę, gdzie musiała używać pięści, aby potwierdzić słuszność swoich słów. Niczego jej to nie nauczyło. Nadal bowiem nie zastanawiała się nad tym specjalnie.
Tak naprawdę nie do końca obchodziło jej komu zostaną sprzedane dane komponenty, najważniejsze, że wejdą w obieg, że martwe zwierzę się do czegoś przydało, że nie zabija tylko po to, aby zabijać. Uspokajało to jej sumienie, zaś o moralność nie musiała się już martwić. Pojawił się Erik i wszystko stało się prostsze. Pieniądze nigdy nie stały na szczycie hierarchii u Geraldine Yaxley. Przysługi, było to coś zdecydowanie bardziej przydatnego. Nigdy nie wiadomo, kiedy będziesz potrzebować czyjejś pomocy. Dobrze jest mieć świadomość, że jest wiele osób, które są ci coś dłużne. Nie powinny odmówić, to było ważniejsze, szczególnie kiedy pałało się takim zawodem jak ona. No i prowadziło wątpliwie odpowiedni styl życia. Nie mogła wiedzieć, czy kiedyś nie zainteresują się nią poplecznicy Voldemorta, wielu czystokrwistych znało jej zdanie na temat mugolaków tak bardzo odmienne od większości z nich. Nawet jej rodzina nie była, aż tak ślepa, tyle, że przestali przy niej poruszać ten temat. Może przyjść moment, w którym zaczną na nią polować, szczególnie, że jej bracia byli blisko Czarnego Pana i ona zdawała sobie z tego sprawę. Ten moment nadejdzie prędzej, czy później, wtedy będzie odbierać zapłaty od wszystkich, którzy byli jej coś winni.
- Ojej, nie zadajesz pytań, jak ja to przeżyję. - Odparła z rozbawieniem. Było to zdecydowanie wygodniejsze, szczególnie, że Yaxley nie znosiła mówić. Wolała milczeć i słuchać, to wychodziło jej najlepiej. Nie była dobra w relacjach międzyludzkich. - Nie boję się ewentualnych powiązań. Poradzę sobie, gdyby coś poszło nie tak. - Zawsze sobie radziła. Miała wiele znajomości i nie martwiło ją wcale, że mogliby znaleźć jego przedmioty przy kimś nieodpowiednim i pytać o to skąd je wziął. Nie przejmowała się takimi rzeczami. Nie bała się ministerstwa.
Sądziła, że rozwiąże układankę, kiedy mu się przedstawi. Była to jedna z tych podpowiedzi, które zapewniały zwycięstwo i rozwiązanie zagadki. Jej rodzina była znana w magicznym świecie właśnie z tego, że zabijała magiczne stwory. Może teraz było trochę inaczej, bo jej bracia nie do końca poszli tą drogą, jednak stare przyzwyczajenia i sława jej ojca i dziadków nie niknęła. Jego dłonie były dosyć szorstkie, a uścisk całkiem pewny. Przypominały jej ręce Theseusa, który również spędzał dużo czasu na obróbce materiałów, które znosiła do domu, nadal było jej przykro, że wyjechał, nigdy jeszcze nie zostawił jej na tak długo. Geraldine również nie chciała przesadzić z siłą, bo nie przyszła tu, aby cokolwiek udowadniać, mimo wszystko jej uścisk był pewny i całkiem silny.
- To dobrze się składa, bo to jedyne maniery jakie posiadam. - Gdyby tylko jej matka to słyszała, na pewno by zareagowała. Zawsze walczyła z tym, żeby ją trochę okrzesać, ale nie do końca jej to wyszło. Z naturą nie wygra nawet Jennifer. - Nie przejmuj się. - Dodała jeszcze, kiedy wspomniał o napitkach. Na pewno ta jego kawa nie była taka najgorsza. Gerry piła w swoim życiu najróżniejsze trunki, samogony robione przez szamanów w lesie deszczowym smakowały jak ropa, czy kawę, która przypominała rdzę. Nie mogło być tak źle. Nie przyszła tutaj jednak, żeby pić herbatkę, za którą zresztą wyjątkowo nie przepadała. Miała coś ze swojej amerykańskiej babki. Skierowała się więc w stronę fotela w którym się rozsiadła. Był całkiem wygodny, przez moment przeszło jej przez myśl, że dobrze by wyglądał w jej salonie, ale nie był to odpowiedni czas na takie przemyślenia.
- Bez tej ostatniej części zdania. - O ile pieniądze się zgadzają nie było do końca tym, co ją ograniczało. - Poza tym tak, jestem w stanie załatwić wszystko. - Chciała, żeby wiedział, że nie ma takiego stwora, na którego by nie zapolowała. Lubiła wyzwania, im bardziej niebezpieczne zwierzę, tym większa była jej satysfakcja z uśmiercenia go. Zaczęła grzebać w kieszeni płaszcza, aby znowu zapalić. Lubiła zajmować czymś dłonie, gdy prowadziła takie konwersacje. Odpaliła szluga swoją srebrną, mugolską zapalniczką Zippo, po czym ponownie spojrzała na swojego towarzysza. - To nie jest problem. - Wiedziała, że może być problem z tym, aby zapewnić jej od razu gotówkę na pokrycie kosztów produktu. Niektóre z nich był kurewsko drogie, mało kto miał tyle pieniędzy, żeby od razu jej je dać. Tyle, że to nie był problem, bo było tak, jak już na początku zauważył Rowle - ona miała gotówkę, była obrzydliwie bogata, chciała być bardziej, ale nie musiała dostawać zapłaty od razu. - Dla mnie ważne jest tylko to, że prędzej, czy później uregulujesz opłatę. Tak, czy siak będę to robić, będę zabijać stworzenia, co chwilę dostaję zlecenia od ludzi, że coś ich straszy. - Nie wszystkie jej polowania dotyczyły produktów na zamówienie. Niekiedy miała dostęp do tych zwierząt, które dane dnia się jej po prostu przytrafiły, tych materiałów również nie chciała zmarnować. - Możemy zrobić tak, że kiedy dostaniesz zamówienie na coś specjalnego to do mnie napiszesz, a resztę, to co aktualnie upoluję będę ci dostarczać na bieżąco? - Zaciągnęła się głęboko dymem i spojrzała na Esme. Miała nadzieję, że rozumie o co jej chodzi. - Będziemy się rozliczać, kiedy faktycznie je sprzedasz, nie potrzebuję zaliczek, jak trafnie zauważyłeś wiem, gdzie cię znaleźć. - Nie wierzyła w to, że mógłby ją oszukać, a gdyby tak się stało, to cóż. Byłaby sobie w stanie poradzić z tym problemem w odpowiedni sposób.
- Tego się spodziewałam, ale to dobrze, że tych przeciętnej jakości. Zabijam najwięcej pospolitych stworzeń, które żyją w Wielkiej Brytanii, to nic wyjątkowego. - Strzepała popiół z papierosa do popielniczki. Bardzo podobało jej się to, co mówił Esme, na jej twarzy pojawił się ogromny uśmiech. - Myślę, że się dogadamy. Dla mnie to lepsza zapłata od pieniędzy. - Nic nie mogło się równać z odpowiednio stworzonym przedmiotem ze zwierzęcych komponentów, tego była pewna. - Bardzo sobie cenię takie przedmioty. - Wyjątkowe artefakty, na które nie mógł sobie pozwolić każdy.