17.09.2023, 11:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.07.2024, 19:08 przez Brenna Longbottom.)
- Może daje szansę Biuru Aurorów albo dba, by Voldemort nie zaszantażował Ministerstwa dopadając dzieci? - zasugerowała, walcząc z uśmiechem, cisnącym się na usta. Bo nie, nie rozzłościł jej tą uwagą o Dumbledorze. Przez moment czuła ogromne, absolutnie nie pasujące do sytuacji rozbawienie. I nie planowała próbować bronić Albusa. Nie czuła, że musi. Że by mu na tym zależało. A magia nie magia, Brenna nie oszalała na tyle, by oznajmić Bulstrodowi: widzisz, Dumbledore założył podziemna organizację, rozkazuje sporej części naszego Departamentu, a śmierciożercy nie raz na pewno zastanawiali się, co się kurwa dzieje, kiedy zakulisowo udaremnił ich plany.
- Ja? Ja jestem tylko naczelnym pajacem z BUM i pewne rzeczy po prostu mi się... przydarzają - powiedziała pół żartem, pół serio. Była w końcu paplą, pasowało jej, że niektórzy mają ją wręcz za głupiutką, a misje zakonne misjami zakonnymi, lecz w niektóre rzeczy naprawdę pakowała się przypadkiem. Chociaż zaiste, w głupim narażaniu się przodowała. Była to składowa pracy, Zakonu, znajomych, charakteru i jakiegoś przedziwnego pecha... albo szczęścia, skoro jeszcze żyła.
- Sądziłam, że to coś na jej miejsce, to wspomnienia umarłych - odparła bez ogródek, bo Mavelle wspomniała o ich spotkaniu, nie musiała więc już bawić się w żadną dyskrecję, skoro główni zainteresowani wymienili informacje. Wzmiankę o nekromancji wyłapała i puściła mimo uszu, jak na dobrą Brygadzistkę przystało, udając, że nic nie usłyszała. Do wytycznych Ministerstwa... zawsze podchodziła bardzo luźno, a było dość jasne, czego użyto, by utrzymać Atreusa przy życiu. - Ale może to energia z limbo. Jeśli zdołam się wyrwać, chcę zabrać Mav do Szwecji.
Nie robiła sobie wielkich nadziei, ale tam do wielu rodzajów magii, nawet czarnej, podchodzono inaczej. Brenna liczyła, że może w kraju, którego czarodziejem uczyli się w Durmstrangu, znajdzie się ktoś, kto wie więcej.
Co miała odpowiedzieć na kolejne słowa? Przecież pewnych rzeczy przyznać nie mogła. Złość kierowała zresztą głównie ku sobie, zwłaszcza przy tym, ile bliskich jej osób ucierpiało. Szturchnięta omal nie wypuściła termosu i po prostu odwzajemniła się podobnie, lekkim szturchańcem. Tak czy inaczej, słowa o śmierci przypomniały jej, że zasadniczo nie mieli rozmawiać o limbo, sławie i samobójczych skłonnościach, a więzi. Łatwo było się zapomnieć, a powinna przecież pamiętać: magia była problematyczna, a nawet ta rozmowa zdawała się pewnie swobodna przez nią. O ile ona zachowywała się prawie normalne, o tyle łatwo było zgadnąć, że on bez całej beltanowej otoczki prawdopodobnie by na nią warczał.
Przynajmniej ani razu nie sprawiał wrażenia, jakby czuł się obserwowany. Naprawdę miałaby podwójnie przerąbane, gdyby okazał się czarnoksiężnikiem.
- Skąd wiesz? Może wreszcie miałbyś spokój - powiedziała, tylko trochę w żartach, bo... ta opcja przecież była otwarta dla nich obojga. Był w końcu aurorem i na pewno na Beltane wkurzył śmierciożerców. Jej pewnego dnia mogło zabraknąć szczęścia, a teraz zanosiło się na więcej kłopotów niż kiedykolwiek. - Rozumiem, że czekamy, póki ktoś nie złamie więzi pierwszy, a potem próbujemy? Znam jedną klątwołaczkę, która teraz siedzi na jakimś końcu świata, ale prędzej czy później na pewno wpadnie do Londynu. I jak sądzę, nie zna ani mojej, ani twojej rodziny.
Crouchówna wydawała się Brennie idealna. O ile Sarah miała rację i to był sposób na zakończenie tego szaleństwa.
- Ja? Ja jestem tylko naczelnym pajacem z BUM i pewne rzeczy po prostu mi się... przydarzają - powiedziała pół żartem, pół serio. Była w końcu paplą, pasowało jej, że niektórzy mają ją wręcz za głupiutką, a misje zakonne misjami zakonnymi, lecz w niektóre rzeczy naprawdę pakowała się przypadkiem. Chociaż zaiste, w głupim narażaniu się przodowała. Była to składowa pracy, Zakonu, znajomych, charakteru i jakiegoś przedziwnego pecha... albo szczęścia, skoro jeszcze żyła.
- Sądziłam, że to coś na jej miejsce, to wspomnienia umarłych - odparła bez ogródek, bo Mavelle wspomniała o ich spotkaniu, nie musiała więc już bawić się w żadną dyskrecję, skoro główni zainteresowani wymienili informacje. Wzmiankę o nekromancji wyłapała i puściła mimo uszu, jak na dobrą Brygadzistkę przystało, udając, że nic nie usłyszała. Do wytycznych Ministerstwa... zawsze podchodziła bardzo luźno, a było dość jasne, czego użyto, by utrzymać Atreusa przy życiu. - Ale może to energia z limbo. Jeśli zdołam się wyrwać, chcę zabrać Mav do Szwecji.
Nie robiła sobie wielkich nadziei, ale tam do wielu rodzajów magii, nawet czarnej, podchodzono inaczej. Brenna liczyła, że może w kraju, którego czarodziejem uczyli się w Durmstrangu, znajdzie się ktoś, kto wie więcej.
Co miała odpowiedzieć na kolejne słowa? Przecież pewnych rzeczy przyznać nie mogła. Złość kierowała zresztą głównie ku sobie, zwłaszcza przy tym, ile bliskich jej osób ucierpiało. Szturchnięta omal nie wypuściła termosu i po prostu odwzajemniła się podobnie, lekkim szturchańcem. Tak czy inaczej, słowa o śmierci przypomniały jej, że zasadniczo nie mieli rozmawiać o limbo, sławie i samobójczych skłonnościach, a więzi. Łatwo było się zapomnieć, a powinna przecież pamiętać: magia była problematyczna, a nawet ta rozmowa zdawała się pewnie swobodna przez nią. O ile ona zachowywała się prawie normalne, o tyle łatwo było zgadnąć, że on bez całej beltanowej otoczki prawdopodobnie by na nią warczał.
Przynajmniej ani razu nie sprawiał wrażenia, jakby czuł się obserwowany. Naprawdę miałaby podwójnie przerąbane, gdyby okazał się czarnoksiężnikiem.
- Skąd wiesz? Może wreszcie miałbyś spokój - powiedziała, tylko trochę w żartach, bo... ta opcja przecież była otwarta dla nich obojga. Był w końcu aurorem i na pewno na Beltane wkurzył śmierciożerców. Jej pewnego dnia mogło zabraknąć szczęścia, a teraz zanosiło się na więcej kłopotów niż kiedykolwiek. - Rozumiem, że czekamy, póki ktoś nie złamie więzi pierwszy, a potem próbujemy? Znam jedną klątwołaczkę, która teraz siedzi na jakimś końcu świata, ale prędzej czy później na pewno wpadnie do Londynu. I jak sądzę, nie zna ani mojej, ani twojej rodziny.
Crouchówna wydawała się Brennie idealna. O ile Sarah miała rację i to był sposób na zakończenie tego szaleństwa.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.