Skinął głową na słowa siostry. Szczególnie było to widać po spotkaniach Zakonu Feniksa. Spora ilość członków, o której przynależności wiedzieli, wywodziła się właśnie z Ministerstwa Magii. Dobrze, że przynajmniej mieli wsparcie od takich specjalistek, jak Nora czy Cecylia. Gdyby nie ich wiedza z zakresu zielarstwa, lecznictwa czy eliksirów, byłoby u nich krucho z jakimikolwiek zapasami. Nie mówiąc już o tym, że podczas misji celem uratowania Arabelli ich umiejętności okazały się dużo bardziej istotne od tych, jakie objawiała tak zwana „bójowka” Zakonu Feniksa.
— Będę się widział z Geraldine za kilka dni — zdradził przyciszonym głosem. — Thomas miał z nią porozmawiać o dostawach dla Zakonu. Oczywiście nieoficjalnych. Oficjalnie to wszystko na nasz użytek prywatny, gdyby przyszło najgorsze. — Nakreślił w powietrzu niewidzialny nawias przy ostatnich słowach. — Wydaje mi się, że jest tu potencjał na rekrutację. Może nie od razu na wysoki poziom wtajemniczania, ale to może być cenna sojuszniczka.
Bądź co bądź, Yaxley podzieliła się z nim swoimi obawami, że jakoby miała być na celowniku zwolenników Czarnego Pana. Erikowi do tej pory nie mieściło się w głowie, że Śmierciożercy mogliby się zabrać akurat za nią, jednak ostatnie działania tej grupy też nie napawały go zbytnim optymizmem. Beltane pokazało, że nie mają zahamowań przed tym, aby przelać czystą krew, tak długo, jak osiągną swój cel. Gdyby z jakiegoś powodu uznali, że Ger stoi im na drodze, raczej by się nie zawahali.
A Zakon mógł nie tylko stanowić ostoję dla Geraldine, ale także uchronić ją przed kompletną neutralnością. Za nią trzeba było płacić sporą cenę. Bo po czyjej stronie stanąć, jeśli zło zapuka do twoich drzwi, a dobrze wiesz, że jeśli nie przyjmiesz ich oferty, to może to być koniec twojego życia na tym świecie? Erik westchnął cicho. Nie miał okazji pomyśleć, jak przekonać Ger do współpracy, jednak liczył, że wraz z biegiem czasu samo się to wyklaruje.
— I właśnie dlatego ludzie tak lubią nasze bale. To coś innego i mniej wyszukanego od gonitw czy popijania brandy przy kominku. Albo dyskutowania o podatkach. — Uśmiechnął się pod nosem. — Ci z wyższych sfer mogą „zniżyć się” do naszego poziomu, bo oferujemy rozrywkę w gronie innych wysoko postawionych czarodziejów i czarownic. W dużej mierze. — Wolał to zaznaczyć. Nie planował uczynić z kolejnego balu zbiorowiska czystokrwistych, jednak jeśli chcieli ponownie zrobić jakąś zbiórkę, to właśnie ta grupa społeczna będzie ich głównym docelowym odbiorcą. Nie mogli tego zignorować. — Że z cmentarza? Czy zamierzasz poprosić dyrektora o przysługę, żeby wypożyczył nam Jęczącą Martę na jeden wieczór?
Zmarszczył czoło, zastanawiając się, skąd Brenna zamierzała wytrzasnąć całą grupę duchów. Wprawdzie był świadomy, że w Ministerstwie Magii funkcjonowało jakieś tam biuro do spraw różnych zjaw, ale chyba nie byli też biurem ofert pracy dla nie-do-końca-żywych istot. A może się mylił i jednak świadczono tam takie usługi? W sumie ktoś mógł z tego zrobić dobry biznes, pomyślał. Tacy Macmillanowie na przykład mieli wiele powiązań z duchami i światem pozagrobowym. Może ktoś próbował sobie dorobić?
— Jak zwierzę hodowane na rzeź — Wzniósł oczy ku niebu w pokazie nadzwyczajnego wręcz dramatyzmu. Wtopił się w fotel, wydając z siebie przeciągłe westchnienie. — No dobrze, napiszę do niego. Jak tylko odpowiem na całą resztę korespondencji, które mi się zebrała w dokumentach. Myślałby kto, że po tym wszystkim ilość listów się zmniejszy.
Przez chwilę rozważał nieposłuchanie się Brenny, tylko po to, aby pozwolić jej spełnić swoją groźbę. Musiał przyznać, że byłoby to nieco zabawne, gdyby siostra któregoś wieczora wzięła go za fraki i wyprowadziła z budynku Ministerstwa Magii, tylko po to, aby oddać go prosto w ręce Elliota. Pytanie tylko, czy Malfoyowi przypadłoby do gustu takie przedstawienie. Nad czym ty się w ogóle zastanawiasz, przecież on wjechał na sabat na koniu, pomyślał przelotem. Lubił uwagę, ot co.
— Widzisz? Powinnyście spędzać jeszcze więcej czasu razem. Ona ćwiczy cierpliwość, a ty spostrzegawczość, bo uczysz się jej mimiki i szybciej jesteś w stanie wykryć, kiedy zaczyna mieć dosyć. — Uśmiechnął się półgębkiem. — Teraz to ja będę odpowiedzialny za ogarnięcie gości, więc będziesz mogła z nimi swobodniej rozmawiać. Wpiszę ci konfrontację z Eden do listy obowiązków na następny bal. Uznaj to za ugodę, po tym, jak mnie prawie sprzedałaś.
Zagryzł dolną wargę, starając się nie parsknąć śmiechem. Skoro już i tak dobrze się dogadywała z panną Lestrange, to jeden szczególik na liście rzeczy do zrobienia, nie powinien zbytnio kłuć Brenny w oczy.
— Żebyś przyniosła mi jedzenie tutaj, bo jest mi tu wygodnie — przyznał z rozbrajającą wręcz szczerością, koniec końców pozwalając na to, aby to Brenna podjęła finałową decyzję.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞