17.09.2023, 13:18 ✶
Chwilami nie mogła pozbyć się wrażenia, że to jest nierealne. Że zaraz obudzi się ze złego snu i okaże się, że tak naprawdę nic się nie zmieniło. Że Derwin nadal jest wśród nich, że nadal żartuje, że rodzina Longbottomów nie straciła jednego ze swego stada. Ale sen nie chciał się skończyć, to wszystko nadal trwało i…
… najwyraźniej było jak najbardziej realne. Niezmiennie, uparcie realne.
Cień Beltane wisiał nad głowami ich wszystkich, a za nim rozciągał się kolejny cień, o wiele groźniejszy, mroczniejszy. Niejeden obawiał się wymieniać jego imię, ale wisiało ono w powietrzu. Sprawca tragedii.
W końcu nastał czas na ostatnią drogę Derwina – chwila podkreślająca, że naprawdę coś się skończyło. Że powstała wyrwa, której nie da się niczym zastąpić – och, to z pewnością nie tak, że ktokolwiek myślał o jej wypełnieniu. Pamięć o nim miała przetrwać długie lata – w umysłach tych, którzy go znali oraz w snutych opowieściach.
Nadal milcząc, wstała ze swego miejsca, żeby zaraz ustawić się w odpowiednim miejscu w żałobnym kondukcie. Ścisnęła lekko dłoń siostry – dziękuję, daję radę, nie musisz się o mnie martwić, cieszę się, że jesteś obok; prosty gest, a zawierał w sobie całą gamę uczuć. Czy Bones było trudniej? Cóż, nie śmiałaby porównywać swojego bólu do bólu ojca, który stracił kolejne ze swoich dzieci (nie taki był porządek świata, to nie rodzice powinni żegnać swoje latorośle) czy też córek, muszących pożegnać się ze swoim tatą. Ale tak, dla Mavelle Derwin w pewien sposób wydawał się nadal żyć, mimo iż jego szczątki znajdowały się właśnie w urnie.
Żył – bo przez krótkie chwile żyła jego życiem, niechcący, przypadkowo, nie rozumiejąc zbyt dobrze, dlaczego działo się tak a nie inaczej. Choć to jednocześnie też był jakiś dowód na to, że spotkał go kres, prawda?
Ciemne oczy brygadzistki pozostawały wciąż suche, nie oddając jednak tego, co w rzeczywistości działo się w jej głowie. Nie płakała. Milczała. Była – tylko tyle i aż tyle, przemierzając cmentarne ścieżki i w końcu: obserwując, jak jego droga znajduje kres, ramię w ramię z Brenną, przytulone do Erika.
… choć dla niej to jednak nie był koniec, jeszcze nie, o czym miała się boleśnie przekonać. Ostatnie pożegnanie nie było ostatnim.
Jeszcze tylko kilka godzin. Kilka godzin, tyle musieli przetrwać. Oraz późniejsze spotkanie Zakonu; o nim jednak teraz nie myślała. Wszystko po kolei; jedna rzecz na raz.