17.09.2023, 19:00 ✶
Tam, na korytarzu, poza tym pomieszczeniem czuła się jakoś inaczej. Spokojniej, nie wiedzieć dlaczego. Może kwestia tego, że jednak w tym zabieganym tłumie niknęli – bo rannych było sporo, szpital przyjął wielu pacjentów, ofiary Beltane, do tego należy dołożyć ich bliskich i personel biegający w tę i z powrotem… jakoś łatwiej było to odczuć jako „sam na sam”, podczas którego nikt w zasadzie nie przeszkadzał, jeśli nie liczyć przechodzących obok ludzi.
Tak było dobrze, prawie – niemalże bez słów, bez kłótni, po prostu razem… z gorzkim posmakiem nieprzyjemnego wrażenia, że coś się działo, gdy nie miała go na oku. Ale też: nie miała prawa rościć sobie czegokolwiek w stosunku do Moody’ego; prawo to straciła już dość dawno, w momencie, gdy nakreśliła granicę.
Bo od tamtej pory już nie było „ich”, a tylko „on” oraz „ja”, dwa odrębne byty, stykające się się częściej lub rzadziej. Nie potrafiące jednak do końca o sobie wzajemnie zapomnieć, a teraz, teraz… teraz niespodziewanie urosło to gigantycznych rozmiarów.
Ale gdy wrócili do pokoju Idy – znów było jakoś inaczej. Tylko czy powinna się nad tym zastanawiać? W zasadzie, jeśli już, to nie teraz; w tej chwili musiała robić dobrą minę do złej gry, najzwyczajniej w świecie: trzymać się. Bo czas nie stał w miejscu, nie pozwalał na roztrząsanie wszystkiego wciąż i wciąż, raz za razem, w kółko. Nie, musiała być twarda i to nie tylko dla siebie.
- Proszę bardzo – odparła krótko, posyłając blady uśmiech wpierw Bertiemu, któremu ratowała życie, następnie Eden. Tak, miała dobrą myśl, żeby zatroszczyć się o kubek dla każdego, ale też nie mogła pozbyć się wrażenia, że to może być za mało… najmniejszy problem, zawsze istniała opcja ponownego wypełznięcia na łowy, prawda? W każdym razie, wyglądało na to, że kawą to życie i owszem, ratowała, ale też jako ratowniczka musiała podejść i wręczyć napoje bezpośrednio. Co też uczyniła.
I tym samym została bez kawy w rękach, więc… pozostawało zbliżyć się do Alastora, żeby odebrać ostatni „wolny” kubek; przecież sama też potrzebowała kawy.
- Wbrew pozorom to nie takie grosze – mruknęła dość cicho, nie próbując się nawet silić na nadanie głosowi tonu przygany; chyba była zbyt zmęczona na takie lawirowanie. Niemniej, ta kwestia zdecydowanie zależała od punktu siedzenia. Dla jednych grosze, dla innych wydatek nie do przeskoczenia – Ale wszystkie kurczaki udało się odnaleźć? – spytała, zerkając na Botta – Specjalistą od pszczół nie jestem, ale zgaduję, że roje się wyprowadziły? – westchnęła cicho. Wichura przeszła przez Dolinę nie szczędząc chyba nikogo, nawet posiadłości Longbottomów. Choć tyle, że to tylko domek ogrodnika padł ofiarą, a nie główny dom...
Tak było dobrze, prawie – niemalże bez słów, bez kłótni, po prostu razem… z gorzkim posmakiem nieprzyjemnego wrażenia, że coś się działo, gdy nie miała go na oku. Ale też: nie miała prawa rościć sobie czegokolwiek w stosunku do Moody’ego; prawo to straciła już dość dawno, w momencie, gdy nakreśliła granicę.
Bo od tamtej pory już nie było „ich”, a tylko „on” oraz „ja”, dwa odrębne byty, stykające się się częściej lub rzadziej. Nie potrafiące jednak do końca o sobie wzajemnie zapomnieć, a teraz, teraz… teraz niespodziewanie urosło to gigantycznych rozmiarów.
Ale gdy wrócili do pokoju Idy – znów było jakoś inaczej. Tylko czy powinna się nad tym zastanawiać? W zasadzie, jeśli już, to nie teraz; w tej chwili musiała robić dobrą minę do złej gry, najzwyczajniej w świecie: trzymać się. Bo czas nie stał w miejscu, nie pozwalał na roztrząsanie wszystkiego wciąż i wciąż, raz za razem, w kółko. Nie, musiała być twarda i to nie tylko dla siebie.
- Proszę bardzo – odparła krótko, posyłając blady uśmiech wpierw Bertiemu, któremu ratowała życie, następnie Eden. Tak, miała dobrą myśl, żeby zatroszczyć się o kubek dla każdego, ale też nie mogła pozbyć się wrażenia, że to może być za mało… najmniejszy problem, zawsze istniała opcja ponownego wypełznięcia na łowy, prawda? W każdym razie, wyglądało na to, że kawą to życie i owszem, ratowała, ale też jako ratowniczka musiała podejść i wręczyć napoje bezpośrednio. Co też uczyniła.
I tym samym została bez kawy w rękach, więc… pozostawało zbliżyć się do Alastora, żeby odebrać ostatni „wolny” kubek; przecież sama też potrzebowała kawy.
- Wbrew pozorom to nie takie grosze – mruknęła dość cicho, nie próbując się nawet silić na nadanie głosowi tonu przygany; chyba była zbyt zmęczona na takie lawirowanie. Niemniej, ta kwestia zdecydowanie zależała od punktu siedzenia. Dla jednych grosze, dla innych wydatek nie do przeskoczenia – Ale wszystkie kurczaki udało się odnaleźć? – spytała, zerkając na Botta – Specjalistą od pszczół nie jestem, ale zgaduję, że roje się wyprowadziły? – westchnęła cicho. Wichura przeszła przez Dolinę nie szczędząc chyba nikogo, nawet posiadłości Longbottomów. Choć tyle, że to tylko domek ogrodnika padł ofiarą, a nie główny dom...