17.09.2023, 19:56 ✶
– Ależ nie masz za co dziękować, młodzieńcze. Zasługujesz na pochwałę – zapewniła Adelajda łagodnym tonem, wciąż wyraźnie nie wyłapując pewnej kpiny, czającej się w zachowaniu Esme. Świat wokół niej się zmieniał, jak sama to zauważyła, ale ona sama pozostawała niezmienna, wciąż taka sama, jak w dniu śmierci, wiele, wiele lat temu. Czy w ogóle była zdolna nauczyć się czegoś nowego?
Pośród podetkniętych mu cukierków były i czekoladowe, i z galaretką, i landrynka, i musy – świtusy. Brenna nijak nie skomentowała wyboru, chociaż pewnie gdyby znała jego przemyślenia o czekoladzie, byłaby szczerze zaskoczona, że taka niechęć jest w ogóle możliwa. Sama zresztą zaraz wpakowała sobie do ust cukierka czekoladowego.
– Em… wolałabym, żeby nikogo nie opętywała – przyznała Brenna, trochę zaskoczona, bo nawet taka myśl nigdy nie przyszłaby jej do głowy. – Bo to by znaczyło, że wiesz… ktoś będzie opętany. Nawet jeżeli na chwilę, to jakoś nie wydaje mi się dobre? I no, gdyby duchy ot tak mogły sobie kogoś opętywać, to by chyba nie trzymali żadnych w Hogwarcie?
Brzmiało to raczej jak pytanie niż stwierdzenie, bo kolegowanie się z jednym duchów nie czyniło z niej żadnej specjalistki. Miała tylko niejasne wrażenie, że gdyby duch ot tak mógł przejmować czyjeś ciało, to pewnie rodzice mieliby obiekcje wobec stad duchów unoszących się w pobliżu ich dzieci w szkole. Na wszelki wypadek zerknęła na Adel, która zdawała się wręcz odrobinę urażona.
– Oczywiście, że nikogo nie opętam. To byłoby… niewłaściwie – oświadczyła królewskim tonem, jakby faktycznie była władczynią, od której domagano się zrobienia czegoś niestosownego. – Są duchy… które w ten sposób wracają – powiedziałaby, jakby niechętnie, zniżając głos do szeptu. – Ale nie ja. Nigdy.
Odwaga Gryfonów niekiedy mogła być w istocie głupotą albo brakiem instynktu samozachowawczego. Na przykład w przypadku Brenny. Pewnej rozwagi dopiero miała się nauczyć, a i tak ta lubiła się jej nagle wyłączać, nawet kiedy stała się dorosłą, w teorii odpowiedzialną kobietą. Nie bała się opowieści o śmierci, przyjęć duchów i samego ducha, nie dlatego, że była szczególnie odważna… a po prostu nie wpadła na to, że powinna się bać.
Chyba jeszcze za mocno wierzyła, że sama jest nieśmiertelna.
Adelajda tymczasem wyprostowała się jeszcze bardziej – a postawę i tak miała nienaganną – i spoważniała, jakby przygotowywała się do poruszenia wyjątkowo poważnego tematu. Brenna z kolei podparła się o grobowiec i zaczęła spokojnie jeść cukierki, obserwując nie ducha, a raczej Rowle’a, jakby zaintrygowana, w jaki sposób na opowieść zareaguje Ślizgon.
– Byłam dziedziczką dworu Cape, najwspanialszej magicznej rezydencji w Szkocji, a może i jak Wielka Brytania długa i szeroka. Byliśmy majętni i lubiani, i każdego sezonu w naszym domu odbywały się liczne bale, a najznamienitsze rodu ściągały do nas w gości. Byli wśród nich Pavarellowie, i Dumbledore’owie, i Gauntowie…
- …zanim przez chów wsobny zaczęli tracić nosy… Już, już nic nie mówię, przepraszam! – zapewniła Brenna, obronnym gestem unosząc ręce i aż upuszczając cukierka, gdy Adelajda zgromiła ją spojrzeniem.
– Pewnego dnia podczas takiego balu doszło do nieszczęścia. Ktoś zaprószył ogień, a chociaż pożar uszkodził tylko jedno skrzydło, moja siostra, przerażona… umknęła z domu w noc. To była straszliwa burza, na zewnątrz panował chłód, czym prędzej więc ruszyłam za nią. Trop wiódł do Hogsmeade, lecz szukając jej, nieszczęśliwie potknęłam się o kamień i skręciłam kark – westchnęła Adel i wyraźnie posmutniała. – Nigdy nie wróciła do domu, a ja nigdy jej nie znalazłam.
Brenna zawahała się i ostatecznie wrzuciła resztę cukierków do kieszeni. Chyba zrobiło się jej trochę głupio w obliczu tej historii, nawet jeżeli przydarzyła się bardzo, bardzo dawno temu. Wyciągnęła nawet rękę, jakby chciała poklepać Adelajdę po ramieniu, ale przypomniała sobie, że nie da się dotknąć ducha i jej dłoń opadła.
Pośród podetkniętych mu cukierków były i czekoladowe, i z galaretką, i landrynka, i musy – świtusy. Brenna nijak nie skomentowała wyboru, chociaż pewnie gdyby znała jego przemyślenia o czekoladzie, byłaby szczerze zaskoczona, że taka niechęć jest w ogóle możliwa. Sama zresztą zaraz wpakowała sobie do ust cukierka czekoladowego.
– Em… wolałabym, żeby nikogo nie opętywała – przyznała Brenna, trochę zaskoczona, bo nawet taka myśl nigdy nie przyszłaby jej do głowy. – Bo to by znaczyło, że wiesz… ktoś będzie opętany. Nawet jeżeli na chwilę, to jakoś nie wydaje mi się dobre? I no, gdyby duchy ot tak mogły sobie kogoś opętywać, to by chyba nie trzymali żadnych w Hogwarcie?
Brzmiało to raczej jak pytanie niż stwierdzenie, bo kolegowanie się z jednym duchów nie czyniło z niej żadnej specjalistki. Miała tylko niejasne wrażenie, że gdyby duch ot tak mógł przejmować czyjeś ciało, to pewnie rodzice mieliby obiekcje wobec stad duchów unoszących się w pobliżu ich dzieci w szkole. Na wszelki wypadek zerknęła na Adel, która zdawała się wręcz odrobinę urażona.
– Oczywiście, że nikogo nie opętam. To byłoby… niewłaściwie – oświadczyła królewskim tonem, jakby faktycznie była władczynią, od której domagano się zrobienia czegoś niestosownego. – Są duchy… które w ten sposób wracają – powiedziałaby, jakby niechętnie, zniżając głos do szeptu. – Ale nie ja. Nigdy.
Odwaga Gryfonów niekiedy mogła być w istocie głupotą albo brakiem instynktu samozachowawczego. Na przykład w przypadku Brenny. Pewnej rozwagi dopiero miała się nauczyć, a i tak ta lubiła się jej nagle wyłączać, nawet kiedy stała się dorosłą, w teorii odpowiedzialną kobietą. Nie bała się opowieści o śmierci, przyjęć duchów i samego ducha, nie dlatego, że była szczególnie odważna… a po prostu nie wpadła na to, że powinna się bać.
Chyba jeszcze za mocno wierzyła, że sama jest nieśmiertelna.
Adelajda tymczasem wyprostowała się jeszcze bardziej – a postawę i tak miała nienaganną – i spoważniała, jakby przygotowywała się do poruszenia wyjątkowo poważnego tematu. Brenna z kolei podparła się o grobowiec i zaczęła spokojnie jeść cukierki, obserwując nie ducha, a raczej Rowle’a, jakby zaintrygowana, w jaki sposób na opowieść zareaguje Ślizgon.
– Byłam dziedziczką dworu Cape, najwspanialszej magicznej rezydencji w Szkocji, a może i jak Wielka Brytania długa i szeroka. Byliśmy majętni i lubiani, i każdego sezonu w naszym domu odbywały się liczne bale, a najznamienitsze rodu ściągały do nas w gości. Byli wśród nich Pavarellowie, i Dumbledore’owie, i Gauntowie…
- …zanim przez chów wsobny zaczęli tracić nosy… Już, już nic nie mówię, przepraszam! – zapewniła Brenna, obronnym gestem unosząc ręce i aż upuszczając cukierka, gdy Adelajda zgromiła ją spojrzeniem.
– Pewnego dnia podczas takiego balu doszło do nieszczęścia. Ktoś zaprószył ogień, a chociaż pożar uszkodził tylko jedno skrzydło, moja siostra, przerażona… umknęła z domu w noc. To była straszliwa burza, na zewnątrz panował chłód, czym prędzej więc ruszyłam za nią. Trop wiódł do Hogsmeade, lecz szukając jej, nieszczęśliwie potknęłam się o kamień i skręciłam kark – westchnęła Adel i wyraźnie posmutniała. – Nigdy nie wróciła do domu, a ja nigdy jej nie znalazłam.
Brenna zawahała się i ostatecznie wrzuciła resztę cukierków do kieszeni. Chyba zrobiło się jej trochę głupio w obliczu tej historii, nawet jeżeli przydarzyła się bardzo, bardzo dawno temu. Wyciągnęła nawet rękę, jakby chciała poklepać Adelajdę po ramieniu, ale przypomniała sobie, że nie da się dotknąć ducha i jej dłoń opadła.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.