Tak jak Laurenta zaskoczyła odpowiedź Martina, tak i ten nie do końca rozumiał, jak interpretować otrzymany komplement. Czarodziej kpił z niego słowami odzianymi w kaszmir, czy też posiadał w sobie wystarczająco wrażliwości, by z wypowiedzi odczytać nie tylko treść, a i formę.
Crouch od zawsze unikał towarzystwa. Teorię życia socjalnego posiadał jako dobry obserwator, lecz brak praktyki przekładał się na dużą niepewność. Udział w rejsie jako współorganizator stanowiło wyzwanie dla osoby, od której do tej pory wymagano jedynie zadowalającej ogłady. Bardzo nie chciał zawieść matki, a także — wyjątkowo — samego siebie.
Delikatny uścisk Laurenta był jedynym przewidywalnym elementem tej konwersacji. Mężczyzna od początku nie prezentował się jako oczywisty dominator, co nie oznaczało, że wymierzona siła mogła być tylko sztuczką mającą w sobie jakiś cel. Ale Martin nie był podejrzliwy. Toczyli tylko lekką konwersację o stanie obecnym. Jedyne, czego Martin mógł się obawiać, to przegapienia zakończenia koncertu.
— Miło mi to słyszeć.
Z ulgą przyjął taką odpowiedź. Planowanie rejsu było zaskakująco uciążliwe. Przeglądając listę gości, matka wyróżniła kilka grup wczasowiczów: tych, którym sama obecność na morzu i odpoczynek całkowicie wystarcza, oraz rozpieszczonych drani potrzebujących zapychaczy czasu non stop. Być może wszystko odbyłoby się o wiele spokojniej, gdyby na pokład zawitali tylko przedstawiciele tego pierwszego typu. Zapewne Laurent należał do niej, tak więc Crouch mógł się zrelaksować — nie będzie zasypany pytaniami o kolejne "atrakcje".
Spokój nie trwał długo. Już sekundę później został zaproszony na dłuższą konwersację.
— Bardzo chętnie. Do końca koncertu nie ciążą na mnie żadne obowiązki, poza trzymaniem ręki na pulsie.