Gio starał się skupić na własnym oddechu. Mechanicznie szedł za swymi rodzicami w pochodzie do grobowca. Nie zwracał uwagi na mijane twarze, na odgłosy łkania.
Czemu to nie on odszedł, a Derwin? Derwin miał dzieci. Miał niesamowite zdolności bojowe, które w obecnych czasach były na wagę złota. Nawet chciał wpaść do niego pewnego dnia, by trochę poćwiczyć... A teraz było już za późno. A on, bezdzietny, stary kawaler, który nie może prawie niczego zrobić dla Zakonu i dla sprawy poza drobnymi zadaniami, w których wykorzystuje swoje kontakty i pieniądze. Czemu to on przeżył!?
W pewnym momencie poczuł uścisk matki na ramieniu. Był już moment na złożenie kwiatów. Całą trójką podeszli do grobu. Pan Urquart wyciągnął różdżkę i wyczarował obok innych kwiatów wiązankę szkarłatnych i złocistych mieczyków, których środki błyszczały niczym świetliki.
Państwo Urquart podeszli po kolei do wszystkich Longbottomów, by oddać wyrazy współczucia. Giovanni wahał się chwilę. Może uda mu się uciec niezauważonym? Tak bardzo nie chciał teraz spoglądać w twarze tylu cudownych ludzi, których spotkała taka tragedia.
Ale było już za późno. Stał przecież tuż za rodzicami. Złożył więc dość formalne kondolencje Lucy, Danielle, Mavelle, Brennie i całej reszcie rodziny. Zatrzymał się tylko na Eriku, który właśnie ściskany był przez Norę. Odczekał więc chwilę, by i mu przekazać formułkę pogrzebową i oficjalny uścisk dłoni. Zupełnie jak nie on.
Po tym wszystkim odszedł na bok z rodzicami. Matka znów wzięła go pod ramię. Dobrze widziała ogrom cierpienia, z jakim mierzy się jej syn. Od dłuższego czasu jego oczy były wilgotne i tylko moment dzieliło go od wypuszczenia łez.