Spojrzał na Słońce, które wkroczyło do tej kawiarni i przyćmiło wszystko wokół. Te kwiaty, ten wystrój - wpasowała się do nieba między chmurami nad ich głowami, na którym akurat tej wielkiej gwiazdy brakowało. I oto jest ona - w całej swojej delikatności, zostawiająca za sobą codzienność, żeby móc zatopić się w przyjemnej chwili czegoś nowego. Przynajmniej taką miał nadzieję, że jeszcze jej tutaj nie było i będzie miał okazję przedstawić jej nowe miejsce, w które zawsze będą mogli się wymknąć, niczym dwójka dzieciaków, uciekając przed wszystkim, co próbowało obedrzeć ich pióra ze skrzydeł. Przecież stworzeni byli do latania. Mieli prawo się wznosić i podróżować z chmurami, a ona tym bardziej na to zasługiwała. Może i zostawienie dziecka wiązało się z pewną dozą stresu, ale niech będzie - musiała się do tego przyzwyczaić, a przynajmniej powinna. Bo zdaniem Laurenta - Nora po prostu nie potrafiła ufać. Choroba drążyła jej ciało, choroba nazywana brakiem zaufania. Kłóciłaby się, że nie, że przecież ufa ludziom, przyjaciołom, że gdzie - ona? Tak wierząca w ludzi? Ano - ona. Kobieta, która chciała tylko brać ciężary i niekoniecznie dawać je w zamian. Laurent znał jeszcze taką jedną, bo Brennę, tylko ją od Nory dzieliło naprawdę sporo cech. Jak to, że Brenna była jak rycerz w zbroi, a Nora jak stokrotka, której delikatne płatki były jak tchnienie wolności. Niestety stokrotkę bardzo łatwo było skrzywdzić. I kiedy tak na Słońce spojrzał, kiedy odsunął się na kroczek i spojrzał na to, jak wygląda, na delikatny makijaż, na jej sukienkę, to miłość wymalowała się na jego twarzy jak muśnięcie tych chmurek. Jakby ucałowały w policzki, słodko różowe, całkowicie pozbawione wstydu. Choć jego spojrzenie nie miało w żadnym naturze wulgarnego podtekstu, ale były jednak oczami mężczyzny, w których była aprobata i zachwyt, kiedy znów spojrzał jej w oczy.
- Muszą mnie chyba mylić oczy, być może okulary mam za słabe, bo zamiast Nory widzę samą Panią Lato, która przyszła mnie tutaj odwiedzić. - Laurent miał absolutną słabość do takich sukienek. A Nora... do Nory się nie dało NIE MIEĆ słabości. Przechodziła przez całkiem niemałe piekiełko w swoim życiu a on nie był mężczyzną odpowiednim do tego, żeby starać się w tym zanurzyć. I nie dlatego, że nie potrafiłby jej pomóc z odbudowaniem tej pewności siebie, bo sądził, że nawet by sobie poradził. Problem w tym, że on... nie potrafił kochać. Nie tak, jakby niektórzy tego chcieli. Ostatnie zaś, czego pragnął, to ran dla tej kobiety. Więc uważał na gesty, choć w swoim flircie i propozycji - był całkiem otwarty. Uniesienie Nory w ramionach byłoby jak skosztowanie miodu płynącym po skórze. Rozkosz. - Och, na słodkie nogi Morgany... ja cię zapraszam, by cię porozpieszczać, tymczasem to ja rozpieszczenia się doczekałem. - Wyciągnął ręce po podarek, przesuwając go do siebie. - Tylko zerknę. Mogę? - W jego oczach aż zalśnił taki wręcz dziecięcy blask. I zerknął, jak taki mały złodziejaszek z uśmiechem i wyrazem twarzy, jakby nie mógł się doczekać i robił teraz coś skrajnie nielegalnego, więc musiał na to całkowicie uważać. Laurent nie należał do osób, które lubiły słodkości, ale to nie znaczy, że ich nie jadł. Bo kiedy ktoś mu coś upiekł to szamał z przyjemnością do swojej ulubionej, gorzkiej kawy. Nagle po prostu miało to zupełnie inny smak. A ostatnio jadł o wiele więcej słodkiego. Bo mimo wszystko widać było po nim zmęczenie. Sporo rzeczy po prostu maskował zaklęciami, ale niektórych ukryć się nie dało. - Mmm dziękuję... ale nawet jakbym nie chciał robić konkurencji to i tak bym tego tu nie otworzył. Jeszcze chciałabyś mi podjeść i byłoby mniej dla mnie? - Zażartował, przesuwając z pieczołowitością pakunek na bok.
- Wręcz przeciwnie, Noro, powinnaś o tym mówić. Bardzo się cieszę. - Kochał, kiedy tak promieniała. - Spoglądanie na ciebie, kwitnącą, jest amortencją dla moich oczu. - Czy dla kogoś nie było? Ktoś mógłby przejść obok Nory obojętnie? Ano, najwyraźniej... inaczej nie zostałaby sama z dzieckiem. - Raczysz żartować tym pytaniem? Miałem przed sobą wizję spotkania z tobą, byłem prawie jak nastolatek nie potrafiący dobrać krawata do koszuli na umówioną randkę. - Co prawda w jego głosie pobrzmiał śmiech, ale można się było zastanawiać czy mówił poważnie, czy jednak niekoniecznie. Prawda była taka, że Laurent robił bardzo wiele wyważonych i przemyślanych ruchów, tak samo jak większość jego słów była przemyślana. Nie miał wątpliwości, w co się ubrać, więc było to pół żartem. Ale za to rzeczywiście cieszył się, że będzie okazja do spotkania. - Mam nadzieję, że wybaczysz mi brak bukietu. Zamiast bukietu postanowiłem cię po prostu zaprosić tutaj. - Wskazał dłonią na kwiaty i rośliny rosnące wszędzie. - Jak teraz jednak o tym myślę to ogromna strata... i chyba cię nie puszczę bez odpowiedniego bukieciku do domu.