17.09.2023, 22:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.11.2023, 02:02 przez Christopher Rosier.)
– Może jestem altruistą, któremu żal poddanych, mających niekompetentną królową? – podsunął Christopher. Może nawet nie tak niezgodnie z prawdą, jakby mogło się wydawać. Och, co obchodziliby go chłopi, ale przecież zarząd tak marnego ministra jak Leach źle wpływał też na takich jak on, prawda?
Gdyby to była bajka, Rosier powoli zacząłby zmieniać się pod wpływem Jane. Przestałyby go interesować inne kobiety, a jego charakter uległby drobnym, ale znaczącym zmianom na skutek obcowania z Potterówną. Ona pewnie dostrzegłaby jego lepszą stronę i z czasem spotkaliby się w pół drogi.
To byłaby historia prawdopodobnie dużo ciekawsza niż to, co miało stać się faktycznie. Czy miałaby szansę na ziszczenie się, gdyby Jane Potter nie spoglądała w nieco inną stronę? Być może. Ale tu i teraz, nie było dla nich żadnego „długo i szczęśliwie”.
– Czyżbyś lubiła baśnie o miłości, Jane? – zapytał, spoglądając na nią znad filiżanki z herbatą. Może była to kolejna mała prowokacja albo jedna z wielu prób drobnego flirtu? Zważywszy na jego charakter i sposób bycia, było to całkiem możliwe. – Może po prostu doskonale znam się na sukniach? – odbił piłeczkę, chociaż w istocie uważał, że doskonale wie, czego pragną kobiety. Większość z nich zdaniem Christophera była prosta. Chciały być piękne i wyjątkowe, a tym, które uznał tego wartym, mógł tę wyjątkowość zapewnić, tkając suknie, dzięki którym na salach balowych i w galeriach sztuki ściągały na siebie wszystkie spojrzenia. A poza tym… większość pragnęła księcia z bajki i „długo i szczęśliwie”.
Trochę go to bawiło.
– Czy puentą twojej baśni naprawdę jest to, że szara mysz zasługuje na księcia, czy może to, że każda kobieta pragnie takiego poślubić? – dorzucił, i to już prawie na pewno była prowokacja wobec panny Potter.
Byłoby niewykluczone, że ich matki uznałyby, że są doskonałym materiałem na małżeństwo. Na szczęście dla Jane, Christopherowi wcale nie spieszyło się do ożenku. Lubił swój kawalerski status i chociaż wiedział, że pewnego dnia przyjdzie mu poślubić jakąś pannę czystej krwi, uważał, że może o tym pomyśleć za rok czy dwa. Nie wątpił zresztą, że znajdzie odpowiednią kandydatkę bez większego trudu.
– Rychłej śmierci? Ależ dlaczego miałbym chcieć cię zabijać, Jane? – spytał, odstawiając filiżankę i powstrzymując perfidny uśmiech, cisnący się na usta. Jego asystentka zarabiała dobrze. Nawet bardzo dobrze. W Domu Mody Rosier płacili trzykrotność tego, co oferowano w pobliskim salonie z szatami, gdzie kupowali je „zwykli” czarodzieje, a dochodziły jeszcze zniżki na produkty i dodatki uznaniowe – których Christoper nie skąpił, jeżeli był z kogoś zadowolony. Był nieznośnym pracodawcą, nie traktującym pracowników z wielkim szacunkiem i dużo wymagającym, ale też szczodrym w momentach dobrego humoru i jeżeli ktoś spełniał jego wygórowane wymagania, gotowym sypać galeonami, byleby nie musieć przyuczać od nowa żadnego żółtodzioba.
Ale obecna asystentka nie była warta więcej niż „drobna przysługa” u Potterówny.
– Przecież nie poproszę cię o twojego pierworodnego. Może kiedyś będę potrzebował na przykład pomocy w odstraszaniu nazbyt natrętnej kobiety? Albo umalowania modelek przed pokazem mody? Nic większego.
Uniósł głowę, słysząc czyjeś kroki, a potem odstawił filiżankę, widząc w drzwiach swoją matkę.
- Zdaje się, że porozmawiamy o tym kiedy indziej - powiedział, przywitał się z panią Rosier, a potem ruszył do swojej pracowni.
Gdyby to była bajka, Rosier powoli zacząłby zmieniać się pod wpływem Jane. Przestałyby go interesować inne kobiety, a jego charakter uległby drobnym, ale znaczącym zmianom na skutek obcowania z Potterówną. Ona pewnie dostrzegłaby jego lepszą stronę i z czasem spotkaliby się w pół drogi.
To byłaby historia prawdopodobnie dużo ciekawsza niż to, co miało stać się faktycznie. Czy miałaby szansę na ziszczenie się, gdyby Jane Potter nie spoglądała w nieco inną stronę? Być może. Ale tu i teraz, nie było dla nich żadnego „długo i szczęśliwie”.
– Czyżbyś lubiła baśnie o miłości, Jane? – zapytał, spoglądając na nią znad filiżanki z herbatą. Może była to kolejna mała prowokacja albo jedna z wielu prób drobnego flirtu? Zważywszy na jego charakter i sposób bycia, było to całkiem możliwe. – Może po prostu doskonale znam się na sukniach? – odbił piłeczkę, chociaż w istocie uważał, że doskonale wie, czego pragną kobiety. Większość z nich zdaniem Christophera była prosta. Chciały być piękne i wyjątkowe, a tym, które uznał tego wartym, mógł tę wyjątkowość zapewnić, tkając suknie, dzięki którym na salach balowych i w galeriach sztuki ściągały na siebie wszystkie spojrzenia. A poza tym… większość pragnęła księcia z bajki i „długo i szczęśliwie”.
Trochę go to bawiło.
– Czy puentą twojej baśni naprawdę jest to, że szara mysz zasługuje na księcia, czy może to, że każda kobieta pragnie takiego poślubić? – dorzucił, i to już prawie na pewno była prowokacja wobec panny Potter.
Byłoby niewykluczone, że ich matki uznałyby, że są doskonałym materiałem na małżeństwo. Na szczęście dla Jane, Christopherowi wcale nie spieszyło się do ożenku. Lubił swój kawalerski status i chociaż wiedział, że pewnego dnia przyjdzie mu poślubić jakąś pannę czystej krwi, uważał, że może o tym pomyśleć za rok czy dwa. Nie wątpił zresztą, że znajdzie odpowiednią kandydatkę bez większego trudu.
– Rychłej śmierci? Ależ dlaczego miałbym chcieć cię zabijać, Jane? – spytał, odstawiając filiżankę i powstrzymując perfidny uśmiech, cisnący się na usta. Jego asystentka zarabiała dobrze. Nawet bardzo dobrze. W Domu Mody Rosier płacili trzykrotność tego, co oferowano w pobliskim salonie z szatami, gdzie kupowali je „zwykli” czarodzieje, a dochodziły jeszcze zniżki na produkty i dodatki uznaniowe – których Christoper nie skąpił, jeżeli był z kogoś zadowolony. Był nieznośnym pracodawcą, nie traktującym pracowników z wielkim szacunkiem i dużo wymagającym, ale też szczodrym w momentach dobrego humoru i jeżeli ktoś spełniał jego wygórowane wymagania, gotowym sypać galeonami, byleby nie musieć przyuczać od nowa żadnego żółtodzioba.
Ale obecna asystentka nie była warta więcej niż „drobna przysługa” u Potterówny.
– Przecież nie poproszę cię o twojego pierworodnego. Może kiedyś będę potrzebował na przykład pomocy w odstraszaniu nazbyt natrętnej kobiety? Albo umalowania modelek przed pokazem mody? Nic większego.
Uniósł głowę, słysząc czyjeś kroki, a potem odstawił filiżankę, widząc w drzwiach swoją matkę.
- Zdaje się, że porozmawiamy o tym kiedy indziej - powiedział, przywitał się z panią Rosier, a potem ruszył do swojej pracowni.
Koniec sesji