W maju zadziało się zbyt wiele. Kłęby myśli przesuwały się w umyśle Giovanniego, ale wolał o tym nie myśleć. Nastał czerwiec. Był we Włoszech. Słodkie ciepło otaczało go z każdej strony, chociaż tak naprawdę pragnął otrzymać je tylko z jednego źródła.
Które stało właśnie kilka metrów od niego.
Odwrócił się, słysząc kroki, ale bardzo szybko powrócił do poprzedniej pozycji, niesamowicie speszony zastanym widokiem. Mokre włosy niewiasty nie były częstym widokiem dla dżentelmena. Nawet takiego wychowanego w domu pełnym kobiet. Ze szlafrokami już częściej obcował, aczkolwiek te znane mu mogły uchodzić równie dobrze za szaty dzienne, na poranne spotkania z sąsiadką. Kim była praktyczna. Jej szlafrok był prosty i pozbawiony zbędnych koronek. A przez to jeszcze bardziej można było umieścić go w kategorii bielizny.
— M-myślałem, że już śpisz — wymamrotał. Odkaszlnął. — Chciałem powiedzieć, żebyś nie stała w przeciągu, bo się rozchorujesz, ale przecież nawet teraz jest tu niesamowicie ciepło — odpowiedział z wymuszonym śmiechem. Usilnie starał się wcielić w rolę matkującego wujaszka, czy innego, absolutnie aseksualnego osobnika. Jednocześnie wyobraźnia podsuwała mu obrazy Kim podchodzącego do niego i siadającego obok. Tak bardzo odganiał myśli o tym, jak bardzo pragnął, by się to wydarzyło.
Przez chwilę chciał wstać i samemu szykować się do snu, ale przecież nie mógłby teraz tak ot przejść obok niej.