Normalnie dla Martina takie zachowanie byłoby nachalne. Ale wiele by sobie z tego nie robił. Po prostu odmówiłby zaproszenia, dając jakąś uniwersalną wymówkę. To nie tak, że czułby się źle ze szczerością. Po prostu często wzbudzała ona dyskomfort w obcych, który przelewał się też na niego... Szkoda zbędnych emocji. Trzymanie się etykiety stanowiło czasem wygodne rozwiązanie.
Ale nie tym razem.
Tym razem zgodził się na pierwsze spotkanie, a po nim zgodzi się na drugie i każde kolejne. Każde? Na ten moment jego umysł nie wybiegał tak daleko w przyszłość, ale taka odpowiedź była prawdopodobna.
Z Martina uszło trochę powietrze, gdy Daisy wspomniała Beltane. Czyli jednak będą musieli o tym porozmawiać.
— Najpierw usiądźmy — zaproponował, by odwlec wydarzenie w czasie. Nawet umknęło mu, w jaki sposób dziewczyna zbudowała zdanie. Wystarczyło słowo klucz — Beltane — a już zamykał się w sobie.
Pokiwał głową na wspomnienie kawiarni. Daisy była wystarczająco rozmowna, by milczenie Martina nie dało się tak łatwo zauważyć. Odezwał się dopiero, gdy weszli do środka.
— Dzień dobry... Poproszę dużą kawę z mlekiem i piankami... — odezwał się podbijając od razu do lady. — Dwa razy...
Pijał tylko gorzką kawę. Wszelkie dodatki nie wzbudzały jego zainteresowania. Za ten mocny trunek zabrał się jeszcze za dzieciaka. Miał taki głupi pomysł, by ćwiczyć tym swój charakter. Chciał być jak poeci, o których czytał. Aż w końcu weszło mu to w nawyk. Pianki w jego głowie nie zawitały nigdy. Do teraz.
Poczekał, aż Daisy wybierze miejsce i przystał na każdy jej wybór. Zamówienie otrzymali szybko, jak na magiczną kawiarnię przystało. Martin odmówił proponowanego przez kelnera wypieku. Mleko w kawie stanowiło wystarczającą przekąskę.
Gdy zostali sami, rozsiadł się nieco wygodniej w fotelu. Czas na opowieść.
— Pod koniec festynu spacerowałem wokół polany brzegiem lasu... W pewnym momencie porwał mnie wiatr. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, tak było. Myślałem, że nagle w Kniei pojawiło się tornado... Przez głowę przeszła mi myśl o ataku Śmierciożerców... Ale jak dobrze wiemy, oni użyli innego żywiołu. A wiatr był sprawką tajemniczej kobiety.
Odruchowo wziął łyk kawy, ale skrzywił się nieco czując mdły smak spowodowany przez mleko i niemal zatapiajac nos w piankach.
Bez zagłębiania się w szczegóły, opowiedział Daisy jak to spotkał kobietę, która wierzyła, że bóstwa przysłały przez wiatr go i jeszcze inną kobietę. Pomógł jej wykonać rytuał, dzięki któremu zerwie ona klątwę ze swojego męża. Następnie został zaproszony przez nią do swojego domu. Nie miał pojęcia, gdzie jest, a magia nie działała. Życzliwość, jaką otrzymał od czarownicy wzbudziła w nim zaufanie. Poszedł więc z nią. A tam spotkał kilkoro czarodziejów (nie wymienił ich imion) atakujących ghoula... którym był ów mąż. Kobieta starała się uratować go, a wtedy czarodzieje rzucili się na nią. Wtedy Martin starał się ją chronić, aż nagle... Jakieś ciernie oplotły ghoula i w drastyczny sposób skonał na ich oczach. Jednocześnie pojawił się duch jego kochanki, po czym połączyli się w zaświatach. Znów zerwał się wiatr i wyrzucił ich wszystkich z domu. Następnie został znaleziony przez swojego skrzata i nim cokolwiek zdziałał, deportowano go do domu.
— Od tamtej pory nie słyszałem o niej... Nikt też nigdzie nie wspomniał o tym tajemniczym wietrze... Te wydarzenia były tak niezwykłe i sądziłem, że w jakimś artykule ktoś o nich wspomni. Być może miały związek z tym, co się wydarzyło na polanie... Czasami wątpię, czy to, co widziałem, faktycznie się wydarzyło... — zakończył ponuro.
Wiele razy przyszło mu na myśl, by napisać list do Williama albo Perseusa Blacka. Spytać, czy oni też pamiętają to wydarzenie. Ale wstydził się. Bał poznać prawdy. Nie chciał wyjść za dziwaka. Nie teraz, gdy w końcu zaczęło mu zależeć na byciu częścią społeczeństwa.