18.09.2023, 09:30 ✶
Brenna Longbottom na pewno nie uważała się za najpopularniejszą dziewczynę szkole, ani nawet za drugą, trzecią czy dziesiątą pośród najpopularniejszych. Nie miała szeregów adoratorów, nie była tą najbardziej utalentowaną z rodziny (podobno Lucy zawsze wszystko robiła lepiej, a przynajmniej tak twierdziła jednak z nauczycielek), niekoniecznie wymieniono by ją wśród tych najfajniejszych panien. Była za to... zauważalna.
Ale tajfuny też ciężko było przeoczyć, a to wcale nie oznaczało, że są popularne.
Nie brakowało jej jednak przyjaciół, i ci przyjaciele jak zwykle nie zawiedli. Kiedy już upewniono się, że tłuczek, który niefortunnie posłano w jej stronę podczas treningu quidditcha (nie jej treningu, dodajmy, wyjątkowo była absolutnie niewinna, wchodziła na trybuny, bo koleżanka chciała popatrzeć) przyprawił ją tylko o lekkie wstrząśnienie mózgu, wpuszczono tu na trochę Norę, Dani, Jane i ze dwie inne osoby. Brennę zaopatrzono w odpowiednią ilość książek i czekoladowych żab, by była w stanie przetrwać tydzień w skrzydle szpitalnym, a nie dwa dni. Tyle że... doskwierała jej nuda. Pielęgniarka szybko wypłoszyła gości, bo chora miała się kurować.
Tyle że gdy świat przestał wirować dzięki eliksirom, a maść zmniejszyła ból żeber (bo Brenna po uderzeniu stoczyła się ze schodów na trybuny w iście mistrzowskim stylu), naprawdę wolałaby skupić się na czymś innym niż bólu. Przebudzenie Malfoyówny spadło jej więc jak z nieba.
Tak, wiedziała, że ta jest Ślizgonką. W tych pięknych, hogwarckich czasach, Brennie to jednak nijak nie przeszkadzało, a o tym, że kiedyś znajdą się po dwóch stronach barykady, nie miała pojęcia. Lorraine była młodsza, ale to też nie stanowiło wielkiej przeszkody dla Brenny, jeśli szło o rozmowy. A jej zazdrość? O tej Brenna nie miała pojęcia. Choć Malfoy miała ku niej powody - bo Brenna miała pieniądze, miała kochające rodzeństwo i miała kochających rodziców - to po prostu Longbottom nigdy nie wpadła na to, jak wygląda domowa sytuacja blondwłosej dziewczyny i że takie rzeczy jak normalna rodzina będą budziły zawiść akurat u niej. A ta przecież była piękna, była czystej krwi i chłopcy oglądali się za nią tak, jak nigdy nie robili tego za Bren, więc niby czemu panienka miałaby czegoś jej zazdrościć? Postrzelonej, gryfońskiej papli, o rozczochranych włosach?
Ale nawet gdyby wiedziała... I tak zaczęłaby gadać. Bo Lorraine była jedynym żywym człowiekiem pod ręką. Gadanie do samej siebie albo słodyczy byłoby trochę dziwne nawet zdaniem Brenny. Póki nic nie robiła z tą zazdrością, ta sama w sobie nie była dla Brenny istotna.
- Witamy wśród żywych. Żabę? - spytała, wyciągając w stronę Lorraine odwijany z papierka smakołyk. Pewnie nieświadoma skomplikowanej relacji dziewczyny z jedzeniem. Na jej czole wciąż znaczył się siniak, chociaż już bladł. Wielki, powstały po zetknięciu z tłuczkiem. - Nie, nie odwalaj Jęczącą Marty, wieczność w łazience byłaby strasznie nudna. Co miałabyś tam robić, bawić się spłuczkami? Zawodzić w rurach? Jest tyle ciekawszych rzeczy od zawodzenia w rurach. Siedzę tu od jakichś sześciu godzin, a pielęgniarka upiera się, że mam przesiedzieć kolejne dwa dni. Totalnie okrutne z jej strony. Dobrze, że w ogóle zgodziła się mnie puścić, kiedy będziemy wyjeżdżać na święta. Jak się czujesz? Mam ją zawołać? Kazała się wołać, jak się obudzisz, ale może chcesz przygotować się psychicznie ma to spotkanie. Będzie wokół ciebie skakać i zadawać milion pytań, na przykład, czy nie widzisz podwójnie. Nie widzisz podwójnie, prawda?
Ale tajfuny też ciężko było przeoczyć, a to wcale nie oznaczało, że są popularne.
Nie brakowało jej jednak przyjaciół, i ci przyjaciele jak zwykle nie zawiedli. Kiedy już upewniono się, że tłuczek, który niefortunnie posłano w jej stronę podczas treningu quidditcha (nie jej treningu, dodajmy, wyjątkowo była absolutnie niewinna, wchodziła na trybuny, bo koleżanka chciała popatrzeć) przyprawił ją tylko o lekkie wstrząśnienie mózgu, wpuszczono tu na trochę Norę, Dani, Jane i ze dwie inne osoby. Brennę zaopatrzono w odpowiednią ilość książek i czekoladowych żab, by była w stanie przetrwać tydzień w skrzydle szpitalnym, a nie dwa dni. Tyle że... doskwierała jej nuda. Pielęgniarka szybko wypłoszyła gości, bo chora miała się kurować.
Tyle że gdy świat przestał wirować dzięki eliksirom, a maść zmniejszyła ból żeber (bo Brenna po uderzeniu stoczyła się ze schodów na trybuny w iście mistrzowskim stylu), naprawdę wolałaby skupić się na czymś innym niż bólu. Przebudzenie Malfoyówny spadło jej więc jak z nieba.
Tak, wiedziała, że ta jest Ślizgonką. W tych pięknych, hogwarckich czasach, Brennie to jednak nijak nie przeszkadzało, a o tym, że kiedyś znajdą się po dwóch stronach barykady, nie miała pojęcia. Lorraine była młodsza, ale to też nie stanowiło wielkiej przeszkody dla Brenny, jeśli szło o rozmowy. A jej zazdrość? O tej Brenna nie miała pojęcia. Choć Malfoy miała ku niej powody - bo Brenna miała pieniądze, miała kochające rodzeństwo i miała kochających rodziców - to po prostu Longbottom nigdy nie wpadła na to, jak wygląda domowa sytuacja blondwłosej dziewczyny i że takie rzeczy jak normalna rodzina będą budziły zawiść akurat u niej. A ta przecież była piękna, była czystej krwi i chłopcy oglądali się za nią tak, jak nigdy nie robili tego za Bren, więc niby czemu panienka miałaby czegoś jej zazdrościć? Postrzelonej, gryfońskiej papli, o rozczochranych włosach?
Ale nawet gdyby wiedziała... I tak zaczęłaby gadać. Bo Lorraine była jedynym żywym człowiekiem pod ręką. Gadanie do samej siebie albo słodyczy byłoby trochę dziwne nawet zdaniem Brenny. Póki nic nie robiła z tą zazdrością, ta sama w sobie nie była dla Brenny istotna.
- Witamy wśród żywych. Żabę? - spytała, wyciągając w stronę Lorraine odwijany z papierka smakołyk. Pewnie nieświadoma skomplikowanej relacji dziewczyny z jedzeniem. Na jej czole wciąż znaczył się siniak, chociaż już bladł. Wielki, powstały po zetknięciu z tłuczkiem. - Nie, nie odwalaj Jęczącą Marty, wieczność w łazience byłaby strasznie nudna. Co miałabyś tam robić, bawić się spłuczkami? Zawodzić w rurach? Jest tyle ciekawszych rzeczy od zawodzenia w rurach. Siedzę tu od jakichś sześciu godzin, a pielęgniarka upiera się, że mam przesiedzieć kolejne dwa dni. Totalnie okrutne z jej strony. Dobrze, że w ogóle zgodziła się mnie puścić, kiedy będziemy wyjeżdżać na święta. Jak się czujesz? Mam ją zawołać? Kazała się wołać, jak się obudzisz, ale może chcesz przygotować się psychicznie ma to spotkanie. Będzie wokół ciebie skakać i zadawać milion pytań, na przykład, czy nie widzisz podwójnie. Nie widzisz podwójnie, prawda?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.