Uścisk kochających rąk potrafił być jak klatka. Niby je kochasz, niby się przyzwyczaiłeś, ale ptak urodzony w klatce zaczyna myśleć, że latanie to choroba. Jeśli się w niej nie urodziły i zostały weń wetknięte to zaczynają rozpychać się skrzydłami i zrobić sobie chociaż trochę miejsca na własne potrzeby. Przecisnąć się przez ramkę, wyrwać na powietrze i..! Błękit nieba wydawał się być kuszący, ale ostry wiatr potrafił znosić nawet najbardziej wytrawnych lataczy. Mimo to chcesz lecieć. Udowodnić coś innym, może nawet samemu sobie. Głównie samemu sobie. Samodzielność to odpowiedzialność, tak mówił każdy dorosły człowiek, który miał już parę lat na karku dobrych i złych doświadczeń. Odpowiedzialność to cena, jaką musisz płacić za swoje przewiny. Jeśli upadniesz i złamiesz swoje skrzydło kogo będziesz mógł winić oprócz samego siebie? I co powiedzą ci wszyscy, którzy chcieli cię sztucznie unosić w powietrzu, żebyś cieszył się pozorem lotu, ale za to był bezpieczny od upadku? To było kompromitujące. Prowadziło do zaciskania zębów, pięści i brnięcia do przodu nawet w najgorszy sztorm. Kiedy się okazywało, że przetrwałeś tę burzę to nagle... spadał na ciebie blask. Cena okazywała się dodatnia, nie było złamań, nie było zmartwionych spojrzeń. Była tylko twoja duma i pierś wypełniająca się przeświadczeniem, że naprawdę cię na to stać. Zapracowałeś na to, włożyłeś w to wysiłek i się opłaciło. Może straciłeś parę piór, może nawet bolało, zostało kilka szram na ciele - ale dotarłeś tam, gdzie chciałeś. Sam. Nie było niczego bardziej budującego i uskrzydlającego. Laurent to rozumiał, jedynie zazdrościł Atreusowi, Pandorze czy Seraphinie jak i wielu innym siły, którą posiadali, żeby walczyć o te skrzydła, samodzielność i lot do celu. Zazdrościł, podziwiał i pragnął być taki jak oni. Walczący o samych siebie.
Słuchał i to, co słyszał, było dla niego całkowicie niezrozumiałe. Albo raczej - rozumiał słowa, rozumiał zdania, ale sam przekaz był zupełnie rozmyty. Niepojęty. Nie układał się odpowiednio w jego głowie i tak, jak Atreus zdawał się powoli odpływać im bardziej zagłębiał się w swoją własną opowieść, tym bardziej rosło wrażenie Laurenta, jakby on oddalał się od Atreusa. Albo Atreus - od niego. Niby nic się nie zmieniało. Przecież ciągle siedzieli w tej samej kuchni, a w absolutnej ciszy Laurent aż drgnął, kiedy stuknęła butelka o blat, gdy mężczyzna skończył sobie dolewać alkoholu. Kolejna szklaneczka. Która to już? Ile ich wypił? Czy to ciągle była trzeźwość czy już rozwiązanie języka przez rozluźnienie mięśni spowodowanych napływem procentów do krwi? Obraz się nie zmieniał, a jednak dziwnie oddalał. Rozmywał w swoich krawędziach, jakby patrzeć na to wszystko przez okrągłe szkiełka, które manipulowały tym, co widzisz. To nie były okulary, które można było po prostu zdjąć. Atreus nie był przykryty płaszczem, który wystarczyło zdjąć z jego ramion, żeby te barki odciążyć. Wydawał się teraz taki... wrażliwy. Taki podatny na obrażenia, na wszystko, co mogłoby w niego uderzyć w tym momencie. Z zakluczonej księgi, jaką świadomie z siebie tworzył, stał się dziennikiem, w którym rozczytywał się wiatr, przeczesując jego strony. Gdzie przeglądała się jego pismu sama Pani Los, albo Matka Natura, z której łona powstała esencja człowieka. Laurent nie chciał na to patrzeć. Nie chciał, żeby wiatr czytał dziennik Atreusa ani żeby jakakolwiek istota tego świata czyniła go takim... bezbronnym. Nie potrafił tego nazwać, nie potrafił tego określić, ale miał to poczucie, że Atreus nie chciał być takim. Nie chciał się rozpływać w swoich własnych ramach i chciał, żeby ta opowieść należała tylko do niego samego - przytulona do piersi z uśmiechem szelmowskim na ustach, żeby mógł dalej biec, żeby Florence mogła go gonić załamana i... żeby wszystko było prostsze dla tego człowieka. Zaczął się bać tego odpływającego spojrzenia i coraz bardziej zjeżdżającego w dół i w ciszę głosu. Jakaś absurdalna myśl, że Atreus zaraz sam z powrotem wpadnie w tę nicość nawiedziła go gwałtownie i zjeżyła włoski na jego skórze.
Może to było absurdalna reakcja, ale Laurent zerwał się z krzesła i zaraz znalazł się przy Atreusie, żeby go przytulić. Znów. Tym razem jednak zamknął ramiona na jego plecach tak, jakby naprawdę się bał, że mężczyzna się przez nie wyślizgnie. To jego lodowate ciało, które w zetknięciu z jego ciepłym powodowało dreszcze.
- Już dobrze... - Musiał go o tym zapewniać? Normalnie powiedziałby, że nie, oczywiście, że nie. Ale tu było... inaczej. - Przepraszam, że pytałem. Nie mów dalej, nie kontynuuj. Nie musisz. - Czy to miało pomóc albo mogło pomóc? Na pewno Laurent nie zamierzał tego zupełnie zostawić, ale nie był osobą o odpowiednich kompetencjach, żeby wiedzieć tyle o Limbo i zrozumieć dokładnie, co się wydarzyło. Powoli puścił Atreusa, trochę zażenowany teraz swoją intensywną reakcją. I tak, teraz jej absurdalność do niego dotarła. Odsunął się. - Postaram się... poszukać informacji. - Obiecał tylko tyle, bo więcej nie mógł. Że na pewno znajdzie odpowiedź? Ach... prędzej zwróci się do kowenu. - Wszystko w porządku? - Teraz musiał o to zapytać. Bo naprawdę nie rozumiał, co się działo i czy to czasem nie było związane z Zimnymi jako tako. Czy może to była kwestia stanu psychicznego, a nie paranormalnego wpływu. - Czy ty sobie radzisz z tymi pytaniami? O Zimnych i wszystko, co dotyczy tych ognisk? Mam na myśli to, czy radzisz sobie z prasą i tym zainteresowaniem. - Nie spodziewał się usłyszeć odpowiedzi "nie radzę". To był w końcu Atreus. Ale... kto wie.