- Nie pierdol. Możemy kogos uratować. - Powiedziała Yaxley. Szczególnie, że sami widzieli, że zagrożenie było ogromne. Co tam takie draśnięcia (trochę ją bolały, ale nie dawała po sobie tego poznać.). Zacisnęła zęby i szła dalej. Szybkim tempem. Czas w tym wypadku naprawdę miał znaczenie, nie wybrali się tutaj przecież na spacer. - Może ty, ja się nie dam zabić Vince. - Nie podobało jej się jego podejście, brakowało mu zdecydowanie nieco optymizmu.
Nie byli słabi, byli w lepszej sytuacji od tych osób, które znalazły się w Kniei wczoraj. Kto wiedział, czy ktoś inny dotrze tak głęboko. Geraldine była uparta, zawsze stawiała na swoim. Nie obchodziło ją to, że Vinnie był niezadowolony. Musiał się z tym pogodzić, że zadecydowała o tym, że pójdą dalej.
Znaleźli się głębiej w lesie. Nagle, zupełnie znienacka Yaxley poczuła, że ogarnia ją chłód, ale nie było to coś naturalnego. Nigdy jeszcze nie czuła, aby chłód pochodził z wnętrza jej ciała. Gwałtownie się odwróciła, jakby szukała źródła tego uczucia. Nic jednak nie dostrzegła, za to uderzyły w nią dziwne dźwięki. To nie mogło wróżyć niczego dobrego.
- Musimy spierdalać Vinnie, w podskoakach. - Krzyknęła i pobiegła przed siebie. Nie było czasu, aby zostawiać tutaj wstążkę, czy cokolwiek. Jej intuicja podpowiadała, żeby jak najszybciej zmyła się z tego miejsca. Cóż, pobiegła jeszcze głębiej w las, z nadzieją, że tam nie będzie na nich czekała kolejna nieprzyjemna niespodzianka.
Slaby sukces...