18.09.2023, 12:08 ✶
– Zajebiście ci szło to nie dawanie się zabić, jak pająk cię gryzł. – Vincent odpowiedział złośliwością na złośliwość. Nie sądził, że faktycznie mogą kogoś uratować, za to miał pełne obawy, że w każdej chwili może paść nieprzytomny z upływu krwi – i tyle byłoby z tego „ratowania”, ot jeszcze jeden trup. Sami teraz potrzebowali medyków.
Ale wędrował w ślad za Yaxley. Jego koszula powoli przesiąkała krwią.
Potem poczuł chłód. W pierwszej chwili nie dopatrywał się jego źródeł nigdzie w otoczeniu. I tak robiło mu się zimno, bo chociaż z czasem materiał przylgnął do rany, zasechł, tworząc swego rodzaju naturalny opatrunek, zapobiegający dalszemu krwawieniu, to stracił sporo krwi. Jego ciało i tak było osłabione w stosunku do tego, w jakim stanie wszedł do Kniei i zdawało się mu, że jest chłodniej.
Drgnął, kiedy usłyszał jakieś szepty. Obrócił się, spoglądając między drzewa, niczego jednak nie zobaczył. Zdawało mu się, że ktoś go nawołuje, że słyszy swoje imię… ale nie rozpoznawał tego głosu. Palce mocniej zacisnął na różdżce, tak jak Yaxley rozglądając się w poszukiwaniu źródła zagrożenia, niczego jednak nie dostrzegał. Widma ukrywały się poza zasięgiem jego oczu.
Kiedy kobieta zdecydowała, że spierdalają, i zrozumiał, że i ona doświadczała podobnych sensacji, nie trzeba było powtarzać mu instrukcji dwa razy. Mężczyzna rzucił się do ucieczki, starając się biec w tę samą stronę, w którą uciekała Geraldine. Posykiwał z bólu, ale w tej chwili liczyło się przede wszystkim jedno. Ucieczka jeżeli nie przed chłodem, który zdawał się promieniować gdzieś z wewnątrz jego, i to o dziwo wcale nie od rany, to przed tymi szeptami. Głosami, nawołującymi go gdzieś z lasu. Na swój sposób było to gorsze od wielkiego pająka – niby walka z nim nie poszła im najlepiej, ale przynajmniej przeciwnik był materialny i Vincent mógł próbować rzucać w niego zaklęcia. Tym razem nie mieli jak się bronić.
Ale wędrował w ślad za Yaxley. Jego koszula powoli przesiąkała krwią.
Potem poczuł chłód. W pierwszej chwili nie dopatrywał się jego źródeł nigdzie w otoczeniu. I tak robiło mu się zimno, bo chociaż z czasem materiał przylgnął do rany, zasechł, tworząc swego rodzaju naturalny opatrunek, zapobiegający dalszemu krwawieniu, to stracił sporo krwi. Jego ciało i tak było osłabione w stosunku do tego, w jakim stanie wszedł do Kniei i zdawało się mu, że jest chłodniej.
Drgnął, kiedy usłyszał jakieś szepty. Obrócił się, spoglądając między drzewa, niczego jednak nie zobaczył. Zdawało mu się, że ktoś go nawołuje, że słyszy swoje imię… ale nie rozpoznawał tego głosu. Palce mocniej zacisnął na różdżce, tak jak Yaxley rozglądając się w poszukiwaniu źródła zagrożenia, niczego jednak nie dostrzegał. Widma ukrywały się poza zasięgiem jego oczu.
Kiedy kobieta zdecydowała, że spierdalają, i zrozumiał, że i ona doświadczała podobnych sensacji, nie trzeba było powtarzać mu instrukcji dwa razy. Mężczyzna rzucił się do ucieczki, starając się biec w tę samą stronę, w którą uciekała Geraldine. Posykiwał z bólu, ale w tej chwili liczyło się przede wszystkim jedno. Ucieczka jeżeli nie przed chłodem, który zdawał się promieniować gdzieś z wewnątrz jego, i to o dziwo wcale nie od rany, to przed tymi szeptami. Głosami, nawołującymi go gdzieś z lasu. Na swój sposób było to gorsze od wielkiego pająka – niby walka z nim nie poszła im najlepiej, ale przynajmniej przeciwnik był materialny i Vincent mógł próbować rzucać w niego zaklęcia. Tym razem nie mieli jak się bronić.
Rzut N 1d100 - 56
Sukces!
Sukces!