Victoria bardzo dużo rzeczy znosiła w ciszy. Zbyt dużo. Chciała dla wszystkich dobrze, tylko chyba zapominała przy tym o sobie samej. Jej wygoda stawała się czasem nieważka w jej własnych oczach, tak mu się przynajmniej wydawało, a nawet nie potrafił na to położyć pełnej karty. Gdzie miała swoje granice? Miała na pewno, nadal była dumną przedstawicielką domu Lestrange. Nabierającą na dumie, kiedy prostowała się i wychodziła w tłum i sprowadzającą do uroczego misia do przytulania, kiedy znajdowałeś się z nią sam na sam. Była bardzo delikatna i wrażliwa, nic dziwnego, że preferowała założyć na siebie maskę zbudowaną z oklumencji, żeby nie dało się tego wyczuć od razu. Swoją delikatność należało chronić. Ludzie za bardzo kochali rozbierać i niszczyć wszystko, co delikatne było. W końcu taka zabawa była prostsza niż stawania jak równy z równym. Częściowo uważał, że to też duma nie pozwalała przyznawać się do chwil słabości, jakie przeżywała. Chciała je znieść z klasą, a nie pokazywać z tej najmniej ładnej strony. Strach i ból potrafił niszczyć człowieka i pozostawiać z niego wrak, same wyzute szmaty, przeżute przez gardło.
Fakt, z tą wiązanką tak naprawdę nie było niczego nie tak, ale to nie było nawet bardzo istotne. Nie dla nich. Nie, kiedy nikt nie słyszał komentarza, bo na takowy by się nie poważył wśród ciekawskich uszu. Chociażby dlatego, żeby nikogo nie urazić. To, co się komuś podobało, co się niepodobało - gusta i guściki, prawda? Jedni kochali właśnie przesyt, drudzy preferowali rzeczy delikatne, subtelne. Laurent zaliczał się do tych drugich, przy czym nawet banalność potrafiła mieć dla niego olśniewający urok, kiedy była odpowiednio wydana. Bo banalne gesty bywały najbliższe sercu. Proste i... chciane. Wolał kilka dobrych słów czy pudełko czekoladek przekazanych z sercem niż wystawny prezent, z którym nie wiesz nawet do końca, co zrobić. I tak go obracasz w dłoniach, bo niby miło, ale w sumie to... wiadomo. Tak jak ze słowami. Przecież ten komplement wcale nie był nadmiernie wyszukany, ale był szczery. Nie trzeba poematów, żeby podkreślić, że ktoś jest dla ciebie istotny, że go doceniasz, że go podziwiasz. Tak jak nie potrzeba wielkich odpowiedzi, żeby takie słowa docenić - tak, jak ona to zrobiła. Subtelnie i z rozkoszą, którą chciało się scałować z tych delikatnych ust.
- Będziemy wracali w nocy, kiedy już się towarzystwo napije. - Albo późnym wieczorem, wszystko zależało od tego, jak dobrze im tutaj pójdzie i czy sami będą się dobrze bawili. Przedwcześnie wrócić również nie wypada, więc jeśli zabawa będzie zła to będą musieli się troszkę przemęczyć... choć wątpił, by w towarzystwie Victorii jakakolwiek impreza była zła. Głównie wynikało to z tego, że nawet jeśli inne towarzystwo nie podpasuje to mieli właśnie siebie. Mogli usiąść z boku, przejść się między kwiatami, zacząć się bawić w odgadywanie ich gatunków. - Na miotłę? Eugh... - Zrobił gest ręką, jakby chciał odepchnąć od siebie tę parszywą wizję, jaką przed nim kobieta postawiła. - Przecież nie jestem barbarzyńcą, żeby damę zabierać na miotle. - Uśmiechnął się znowu, bo chociaż nie to, żeby nie potrafił na niej latać, to było to niewygodne, męczące i nieprzyjemne. Nie to co grzbiet abraksana. - Cieszę się, że tak mówisz. Wolałbym to jednak ograniczyć do minimum. - Ze względu właśnie na jej przypadłość. Starał się ją w pełni zajmować, zagadywać, opowiadać wtedy po kolei wręcz czytankę z pierwszej encyklopedii zwierząt. Cokolwiek, żeby myślami była w tym, a nie w fakcie, że nie ma kontroli nad tym, co dzieje się z bryczką - więc i jej ciałem.
Wkroczyli na miejsce dla gości i zajęli swoje krzesła. Nie było mowy o pierwszym rzędzie, ale to chyba zupełnie nikomu nie przeszkadzało - jemu nie. Widok i tak był na ceremonię, a to najważniejsze. Goście powoli się poschodzili i zajmowali resztę przygotowanych krzesełek. W powietrzu czuło się to specyficzne napięcie, które niby było stresem, a w gruncie rzeczy oczekiwaniem na to, na co czekało się już od..! Czasami tylu lat, czasami tylu miesięcy. Bo raczej takich imprez nie organizowano z dnia na dzień. I była tylko modlitwa, żeby panna młoda nie miała twarzy, jakby zaraz miała się rozpłakać, bo wcale nie kochała tego, za którego miała wyjść.