Ten dzień należał do jednych z tych, o których wolałaby zapomnieć. Miała wrażenie, że los z niej drwi. Nic, zupełnie nic nie szło po myśli panny Yaxley. Las okazał się być bardzo złowieszczo do nich nastawiony. Atakował ich z każdej strony, w najróżniejsze z możliwych sposób. Przeorał ją dzisiaj konkretnie. Czuła, że zaczyna ją boleć bardzo wiele części ciała. Nie tego się spodziewała. Był to naprawdę kurewsko ciężki dzień.
Widziała, że Vince próbuje rozwalić ten magiczny kamień, ale też mu nie szło. Najwyraźniej żadne z nich nie było na tyle kompetentne, aby sobie z nim poradzić. Nie tego oczekiwała, wstyd było komukolwiek powiedzieć, że pokonał ich kamień... To był dzisiaj gwódź do trumny dla tej dwójki.
Czuła ogromne rozczarowanie, kiedy biegli w podskokach na polanę. Odwróciła się jeszcze i dostrzegła, że miejsce, w którym chwilę wcześniej stali zaczęło zajmować się ogniem. Wkurzyła się. Nie po to się tutaj pojawili, żeby spalić Knieję.
Mimo tego, że była ogromnie zmęczona tym przeszukiwaniem lasu, to biegła ile sił miała w nogach przed siebie. Ignorowała ból po ukąszeniach, czuła, że jeśli się teraz zatrzyma, to już nie wstanie. Musieli dobiec do namiotu brygadzistów, aby im o wszystkim powiedzieć. Tylko od czego powinni zacząć, od wielkiego pająka, dziwnych istot, pożaru, czy tego kawałku ciała z kompasem, które Vincent niósł w wroku na plecach?
Dobiegli na polanę, wrócili do namiotu w którym zaczęli swoją przygodę. - TAM SIĘ PALI, KAMIEŃ WYBUCHNĄŁ I LAS SIĘ ZACZĄŁ PALIĆ - Geraldine zaczęła krzyczeć, bo bała się, że ktoś będzie gdzieś obok tego miejsca i nie będzie w stanie stamtąd uciec. Przy tym wietrze ogień mógł rozprzestrzeniać się bardzo szybko. Usiadła na trawie, opadła z sił, kontynuowała jednak swoją wypowiedź. - Pająk, ogromny pająk chodzi po lesie, on chciał nas zjeść. - Wolałaby ostrzec innych przed tym stworzeniem. - Jakieś istoty, których nie znam też tam były, mam wrażenie, że one są stworzone, aby zabijać, bo powodowały strach, taki strach, jakiego nigdy, ale to nigdy w swoim życiu nie czułam. - Stojący obok brygadziści wzięli sobie jej słowa do serca i ruszyli w stronę lasu, aby zająć się pożarem. Yaxley udała się do namiotu medyków, aby ktoś zajął się jej raną na nodze, nie miała pojęcia, gdzie podział się Vince, bo zgubiła go gdzieś w tym całym zamieszaniu.