W bawieniu się jak dziecko na plaży, z budowaniem swojego zamku albo lepieniem bałwana na śniegu podczas ferii, nie było niczego złego. To, że człowiek nadal posiadał w sobie ten pierwiastek dziecka pozwalał spoglądać na świat o wiele czystszymi oczami. Zaczerpnąć garść radości podobnej do wody z krystalicznego źródła, które dopiero wybijało z wnętrza ziemi. Nawet jeśli nie byli już dziećmi to nie było to godne potępienia. Uwagę powinien zwracać dopiero moment, w którym ta dziecinność wkraczała tam, gdzie być jej nie powinno. Wystarczająco wiele spraw w życiu wymagało dojrzałości. Brak jej okazania od pewnego wieku traktowany był krytycznie - i nic dziwnego. Zawsze był czas na śmiech i zabawę, ale należało mieć umiar. I chociaż ten flirt był przyjemny, był zabawą, to zabawa kończyła się tam, gdzie drugiej osobie coś się działo i wprowadzało się ją w dyskomfort. Wtedy przestawaliśmy się bawić razem - zaczynała się zabawa samodzielna i to cudzym kosztem. Do tego zaś Laurent dopuścić nie zamierzał. Więc tak, byli tutaj oboje dorośli i jak takowi powinni się wręcz zachowywać. Zabawą raczej było wszystko poza tym jednym faktem, bo z góry nie posądzał nikogo o to, że jest skrajnie emocjonalnie rozchwiany i nadal nie odstawił mleka matki od nosa.
- Lubisz być w kontroli? - Podłapał, kiedy użyła takich a nie innych słów. Ona myślała co prawda o swojej pracy, a on widział tylko ogólnik tego powiedzenia. Niektórzy ludzie tacy byli - uwielbiali wszystko kontrolować i wręcz musieli mieć nad wszystkim władzę i pieczę. Kiedy tę kontrolę tracili to nagle ich świat rozsypywał się jak domek z kart. Wystarczył mały podmuch. To było zaciekawienie z jego strony jak i delikatna zaczepka, trochę pociągnięcie za język, trochę zaproszenie do kontynuacji tego flirtu, skoro prócz "to dobrze" nie pojawiły się żadne słowa zachęcające do tego, żeby przestać. I nie było też kroku wycofania, tylko ulga z jej strony, która też wskazywała na to, że te słowa utwierdziły ją w fakcie, że posiada nad tym moc sprawdzą i to nie będzie uciekać jej drobnym, małym dłoniom. Laurent był do panienki dyspozycji w bardzo szerokim pola tego znaczeniu. Chociaż rzeczywiście byłby niepocieszony, gdyby kobieta coś ukradła z jego domu. Mógłby winić tylko siebie za to, że znów był zbyt łatwowierny.
- Mogę ci je nawet pokazać, jeśli chcesz. - Nie wiedział, czy Elaine potrafiła jeździć konno, ale wydawało mu się, że niekoniecznie. Nawet pomimo swojej zwinności, jaką zaprezentowała - fizycznie poradziłaby sobie dobrze, ale kierowanie zwierzęciem wymaga czegoś więcej od przystosowania fizycznego. - Mogę ci poopowiadać, tylko co byś chciała usłyszeć? O ich historii? Przyznam, że tutaj nie mógłbym się mocno popisać, choć co nieco wiem. - Siłą rzeczy, bo to była spuścizna całego Prewettolandu, która spadła w jego dłonie. Przynajmniej w kwestii hodowli tych pięknych istot. - Albo mogę ci poopowiadać, jakimi są istotami. Wiesz, że niektóre abraksany, jakie urodziły się pod moją pieczą, potrafią mówić? - Błysnął rozbawionym spojrzeniem w jej kierunku spodziewając się, że to dopiero ją zaciekawi i zadziwi. - Mnie już zszokowałaś drobnym pokazem na cmentarzu. - Zaśmiał się cicho. Tak, to było niepokojące widząc, jak się tam wyginała, jakby naprawdę nie miała ani jednej kosteczki w ciele. A na pewno potrafiła więcej. - Przyjdę w wolnym czasie. - Nie mógł obiecać, że na następny występ, bo jego kalendarz był ostatnio bardzo mocno zajęty. Spojrzał na ostatnie jabłko trzymane w dłoni i zatrzymał się przed jego obraniem. Znał przynajmniej jedno stworzenie, które z przyjemnością by je schrupało, dlatego odłożył je na bok i umył swoje ręce. Kiedy zaś Elaine powiedziała, co ją interesuje, to zaczął jej opowiadać o tych pięknych, dumnych stworzeniach.